Dachsteinrunde

Pokaz filmów rowerowych na jakim byliśmy z Kurkiem w listopadzie 2025 roku zainspirował nas do zorganizowania swojej kilkudniowej wyprawy rowerowej. Pomysłów początkowo było kilka, ale dość szybko zdecydowaliśmy, że pierwszą taką naszą wspólną wielodniową wyprawą będzie przejechanie tzw Dachsteinrunde czyli pętli dookoła Masywu Dachstein (2995m npm) w Austrii. Trasa ta ma charakter MTB i właśnie na takich rowerach chcieliśmy to zrobić. Pozostało dogranie szczegółów takich jak terminy i logistyka i w efekcie 13 czerwca startowaliśmy w trasę.

13 czerwca (sobota)

Wyruszyliśmy w sobotę wcześnie rano. Chcieliśmy bowiem tego dnia nie tylko dojechać autem pod masyw, ale też już trochę pokręcić. Plan na sobotę zakładał ok 45 km i ok 1700m przewyższeń. Dystans może nie jakiś okrutny, ale przy takiej sumie przewyższeń oznaczało to niemal ciągłą jazdę pod górę 😉

Takim widoczkiem przywitało nas Gosau po przyjeździe 🙂

Do Gosau, skąd mieliśmy startować dotarliśmy o 11.30. Czas operacyjny mieliśmy zatem całkiem niezły. Był więc czas by jeszcze zjeść obiad. Apetyty jednak nie dopisywały bo pobudka o 3 a potem długa podróż na redbullach skutecznie rozstroiły żołądki. Coś jednak udało się wcisnąć w niewielkiej pizzeri (gdzie gospodyni pozwoliła nam zostawić na kilka dni auto na zapleczu!) i niedługo po 12 już przebrani byliśmy gotowi do drogi.

Gotowi do drogi

Początkowo ta nie napawała optymizmem, bo przez całą podróż do Austrii niemiłosiernie padało. Jakby jednak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki gdy tylko dojechaliśmy do Gosau przestało padać. Minęlo jeszcze kilka minut zanim zajechaliśmy do pobliskiego marketu by napełnić bidony i w zasadzie na właściwą część trasy ruszaliśmy już przy przebijającym się słońcu.

Pierwsze widoczki z trasy 🙂

Wystartowaliśmy z wysokości ok 700m npm a początkowo trasa prowadziła szutrową drogą w kierunku przełęczy Pass Gschutt (957m) co oznaczało, że już na starcie czekać nas miał solidny podjazd. Wyglądało to tak, że mieliśmy około 250m podjazdu, potem niewielki zjazd i dalej długi mozolny podjazd pod schronisko Edtalmhutte na wysokości ok 1350m. To wszystko miało się wydarzyć na pierwszych 20 kilometrach co oznaczało, że już w połowie trasu będziemy mieć w nogach około kilometr przewyższeń.

Gdzieś na początku drugiego podjazdu

Pierwszy podjazd wszedł w nogi w miarę miękko, ale po zjeździe gdy rozpoczął się drugi podjazd to zaczęły się dla mnie problemy. Nie czułem się najlepiej. Noga nie podawała tak, jakbym tego oczekiwał, a ponadto miałem zawroty głowy. Co więcej, czułem że przysypiam na rowerze, rejestrując tylko co drugą klatkę. Wszystko to było efektem słabo przespanej nocy, podróży i słabego odżywienia. Po drodze jednak znaleźliśmy str umyk gdzie udało się trochę  schłodzić głowy. To pomogło na tyle, że podjechaliśmy na halę pod schroniskiem, skąd już jednak trzeba było wepchać rowery bo nachylenie terenu w tym miejscu sięgało 20%. Sam segment z tego podjazdu zaś miał parametry 0,8km, 120m up, 14,9%, więc no umówmy się – ciężki do podjechania 😉

Ostatnie metry w drodze do schroniska Edtalmhutte

Po podjeździe na szerokie siodło skręciliśmy w lewo kierując się już lekko w dół w stronę schroniska. Po drodze trzeba było jeszcze minąć „pociąg” czyli turystyczną kolejkę wożącą turystów między tymi schroniskami (to nic więcej jak przerobiony mały traktor). W schronisku zaś zrobiliśmy sobie przerwę na jedzenie i picie, uzpełnienie wody w bidonach i generalnie chwilę odpoczynku. A następnie ruszyliśmy w dół w kierunku szosy prowadzącej z Salfelden do Annaberg im Lammerstal. Tu czekał nas najtrudniejszy chyba odcinek, gdzie trzeba było sprowadzać rowery i dopiero po jego minięciu zjechaliśmy do szosy, robiąc po drodze przerwę na zdjęcia, bo widoczki były po prostu kapitalne.

A spod samego schroniska jeszcze lepsze 🙂 Masyw w oddali to Donnerkogel ze słynną ferratą Intersport

Po dojechaniu do szosy skręciliśmy w lewo i ruszyliśmy delikatnym podjazdem w górę w kierunku Annaberg. Nie dojechaliśmy jednak do tej miejscowości bo nieco wcześniej skręciliśmy w lewo w mniej ruchliwą drogę, którą minęliśmy (zamknięte) schronisko Holzerhutte a następnie niewielką osadę Alpendorf Dachstein. Dojechaliśmy do końca asfaltu to rozwidlenia szlaków gdzie skręciliśmy w lewo i tu miał nas czekać krótki zjazd co bardzo mi pasowało, bo w nogach mieliśmy już dobrze ponad 1200m przewyższenia.

Coraz bliżej meta pierwszego dnia, ale widoczki nadal prima sort

Zjazd nie trwał jednak długo. Zaraz trzeba było zawinąć na agrawce i rozpoczęliśmy delikatny podjad leśną drogą, którą prowadził też szlak pieszy. Terenem a to delikatnie się wznoszącym, a to opadającym dojechaliśmy aż do ostatnich zabudowań na tej drodze i teraz miał nas czekać ostatni podjazd tego dnia. Musieliśmy się wdrapać na przełęcz Langeggsatel (1313m) a podjazd ten ma swój segment na stravie: 5,79km, 405m i 6,9% średniego nachylenia. Niby nic specjalnego, ale końcówka to 1,28km, 155m up i już 12%, a najtrudniejszy fragment który też ma swój osobny segment to 0,51km, 85m up i już 16,7% średniego nachylenia. Większość udało się wjechać, ale tej końcówki gdzie nachylenie dochodziło to 20% (gdzieś tę średnią trzeba było nabić) już jednak trzeba było wepchać.

Widoczny w oddali szczyt to Grosse Bischofsmutze. Zaintrygował… 😉

Z przełęczy jednak nie ma spektakularnych widoków, ponieważ jest ona zalesiona. Stąd niemal od razu ruszyliśmy w dól w kierunku osady Neuberg nad miejscowością Flitzmoos. Tam zjedliśmy kolację w dużej restauracji i zjechaliśmy na nasz pierwszy nocleg. Ostatecznie zegarek z pierwszego dnia pokazał 45km i 1700m przewyższeń. Mimo braku defektów w sprzęcie i(i w ludziach) najważniejsze dla mnie było to, że wreszcie będzie można się położyć spać…

14 czerwca (niedziela)

Nocy niestety nie przespałem tak dobrze, jak na to liczyłem, ale dobre śniadanko przygotowane przez gospodarzy dodało trochę energii. Pogoda jednak nie zachwycała. Chwilami nie padało, chwilami padało i było generalnie dość mokro. Nie było jednak wyboru, trzeba było kręcić. Zwłaszcza, że tego dnia mieliśmy jeden trudny podjazd do zrobienia. W sumie czekało nas około 60km dystansu i ponad 1500m przewyższeń.

Mozolny podjazd pod stację kolejki pod Dachsteinem (fot. MK)

Wyruszliśmy z Neuberg drogą rowerową wzdłuż szosy prowadzącej do Filzmoos. Po dojechaniu do miasta o dziwo nadal byliśmy nieprzemoczeni bo jakby akurat przestało padać. W Filzmoos odbiliśmy z głównej drogi na boczną prowadzącą do restauracji Jausenstation Schitzberg. Ten odcinek oznaczony na stravie segmentem ma parametry 2,14km, 187m up i 8,6% średniego nachylenia. Gdy pokonywaliśmy ten podjazd pogoda zaczęła się psuć i zaczął padać deszcz. Dojechaliśmy do najwyższego punktu tego podjazdu, gdzie ubraliśmy kurtki przeciwdeszczowe i ruszyliśmy w dół. Najpierw drogą leśną do asfaltu i potem główną szosą aż do zakrętu, skąd odbija ścieżka asfaltowa prowadząca pod stację kolejki linowej pod Dachstein.

Parszywy, drewniany, mokry i śliski mostek (fot. MK)

I właśnie ten podjazd to był główny punkt programu tego dnia. W zasadzie najlepiej opisują go liczby: 2,06km dystansu i 319m up czyli średnie nachylenie 13,9%… Na szczęście jest to odcinek w całości asfaltowy, a zatem można się czasem wspomóc i stanąć w korbach, gdy ugniatane dupsko już woła o litość a uda palą żywym ogniem. Kurek trochę mi tutaj odjechał, ale nie zwracałem na to uwagi, dla mnie celem było, aby się nie zatrzymać. Nie przeszkadzał mi też padający deszcz. W zasadzie byłbym i tak cały mokry, czy to od zewnątrz, czy od wewnątrz. Według stravy ten podjazd zajął mi 23 minuty. Dojechałem do niewielkiego siodła i rozwidlenia szlaków, gdzie czekał na mnie Kurek. Tutaj po krótkim odpoczynku skręciliśmy w prawo z drogi asfaltowej na leśną, gdzie mokre kamienie przeszkadzały trochę bardziej. Generalnie jednak mieliśmy już wywalone, bo i tak byliśmy cali przemoczeni, było nam zimno, a z nieba cały czas padało. Minęliśmy jeszcze mostek gdzie trzeba było przeprowadzić rower bo śliski drewniany mostek to przepis na katastrofę na rowerze.

Ostatnie metry podjazdu pod stację kolejki pod Dachstein (fot. MK)

I tak wycisnęliśmy tą leśną drogą dojazd znów do asfaltu prowadzącego pod stację kolejki. Czekał nas teraz ostatni asfaltowy podjazd pod stację kolejki – 670m dystansu i 75m up, czyli ok 12%. Ale tutaj już przestało padać, a nawet nieśmiało zaczęlo wychodzić słońce. Podjechaliśmy tę końcówkę, a przy stacji kolejki mieliśmy już nawet jakieś widoki, więc porobiliśmy fotki i rozpoczęliśmy zjazd w kierunku schroniska Brandalm, skąd rozpościerają się fantastyczne widoki nie tylko na masyw Dachsteinu, który stąd jest na wyciągnięcie ręki, ale z drugiej strony też na majaczące w oddali ośnieżone szczyty Wysokich Taurów.

Chwilami coś się zaczynało przejaśniać

W schronisku zjedliśmy (pyszną) zupę i ciastko z jabłkami, co dało nam powera do zjazdu. Ten minął niestety szybko i błyskawicznie znaleźliśmy się w Ramsau, gdzie jednak znów złapała nas chmura deszczowa. Znów w opadzie rozpoczęliśmy jeden z pozostałych krótkich, ale intensywnych podjazdów, jakie mieliśmy jeszcze pokonać. Niby najgorsze było już za nami, ale mieliśmy „dopiero” kilometr przewyższeń w nogach, więc jeszcze gdzieś te brakujące 500-600m trzeba było „dokręcić”.

Pod stacją kolejki na Dachstein

Pierwszy z tych podjazdów okazał się wyjątkowo męczący – na tyle, że musiałem się wspomóc żelem i wypychem. Dalej szutrami kierowaliśmy się w stronę znanego kurortu Schladming – nie wjeżdżaliśmy jednak do centrum, ale minęliśmy go od północnej strony. Następnie odbiliśmy w lewo w kierunku restauracji Rossing, gdzie czekał nas dość upierdliwy asfaltowy podjazd (1,43km, 120m, 8,3%), co biorąc pod uwagę, że w nogach było już dziś ok 1300m up trochę bolało.  Ale stamtąd mieliśmy fajny, szybki zjazd po szutrach do miejscowości Weissebach, skąd czekać nas miały już tylko dwa asfaltowe podjazdy. Pierwszy, krótki do miejscowości Assach (1,33km, 54m, 3,3%), a drugi już przed samą metą czyli wjazd do miasteczka Grobming (1,85km, 85m, 4,6%). Pierwszy z nich okazał się dość upierdliwy bo pod wiatr, a na drugim z kolei poczułem problem z supportem, który zaczął wydawać niepokojące dźwięki, dlatego podjeżdżałem raczej z rezerwą (zresztą i tak byłem już trochę ugotowany). Dokulaliśmy się zatem jakoś do Grobming znaleźliśmy nasz apartament z noclegiem i wróciliśmy do sprawdzonego rytuału – piwo, kolacja, prysznic i spać.

Widok ze schroniska Brandalm

Zegarek z tego dnia pokazał niespełna 61km i prawie 1600m przewyższeń.

Zjazd ze schroniska Brandalm. W oddali Wysokie Taury

15 czerwca (poniedziałek)

Początkowo trasę mieliśmy rozpisaną tak, że etap poniedziałkowy miał być tym „królewskim” gdzie do pokonania mieliśmy ponad 70km i blisko 2km przewyższeń. Dokładniejsza analiza i weryfikacja śladu pozwoliły jednak skrócić etap, tak aby prowadził zgodnie ze śladem Dachsteinrunde. W efekcie etap miał być podobny do poprzednich, czyli ok 60km i w granicach 1600m przewyższeń.

W wąwozie. Widok na to co za nami.

Wystartowaliśmy z Grobming i praktycznie już na starcie mieliśmy do zrobienia największy podjazd tego dnia, co przypominało schematy dni poprzednich. Musieliśmy się przebić przez przez wąwóz Öfen do drugiej doliny i następnie wspiąć się do schroniska Ritzingerhutte na polanie Vierhbergalm która znajduje się na wysokości ok 1450m. Ponieważ startowaliśmy z ok 750m łatwy rachunek mówił, że czekało nad pewnie ponad 700m podjazdu niemal w ciągu. Najdłuższy segment na stravie z tego odcinka to 7,24km dystansu i 526m up co daje 7,4% średniego nachylenia. Początkowo trasa biegła asfaltem który doprowadził nas do ostatniego parkingu, gdzie turyści mogą zostawić samochód na wysokości ok 930m. Stamtąd nasza dalsza trasa biegła szutrami, gdzie teren już się zdecydowanie mocniej spionizował, a w najtrudniejszym miejscu czyli w samym wąwozie nachylenie terenu sięgało już 27%, co oznaczało wypych. Widoczki z tego miejsca były jednak obłędne, bo wysokie skalne ściany opadały aż do dna wąwozu. W tej okolicy poprowadzono też kilka via ferrat, więc niewykluczone, że jeszcze kiedyś w to miejsce wrócę 😉

W wąwozie. Widok na to co przed nami, czyli na pchającego rower Kurka 😉

Za wąwozem trasa delikatnie się wypłaszczała, choć nadal trzymała w granicach 10% nachylenia. Po chwili zrobiliśmy sobie krótki postój, a ja czułem, że dziś noga nie podaje. Trochę zacząłem marudzić, więc Kurek musiał mnie nakarmić snickersem – i jak ręką odjął 😉 Nie kłamią w tych reklamach 😉 Na snickersie ruszyliśmy dalej i dość wolnym, ale co ważniejsze –równym tempem wyjechaliśmy w górne partie tej doliny, gdzie las już się przerzedzał. Wreszcie zza drzew dało się dostrzec szeroką halę, gdzie znajdowało się nasze schronisko. Dojechaliśmy tam szybko, bo końcówka tego odcinka biegła już w dół.

Polana ze schroniskiem

W schronisku akurat odbywało się nagrywanie jakiegoś dokumentu o produkcji serów z mleka z tutejszych krów, więc cichaczem zajęliśmy miejsca z tyłu za budynkiem, żeby nie psuć kadrów 😉 Opiekunka schroniska przyniosła nam po bezalkoholowym i zamieniliśmy z nią dwa zdania. Okazało się, że to nie właścicielka, ale pracownica, która przyjechała tu z Monachium na okres letni pomagać przy obsłudze schroniska. Z rozmowy wynikało, że to popularny w Niemczech i Austrii sposób na dodatkowy zarobek dla mieszkańców dużych miast.

Sztuczne jezioro przy którym kończył się zjazd

Ze schroniska ruszyliśmy niby w dół, ale tak naprawdę zanim zaczął się właściwy zjazd to mieliśmy jeszcze kawałeczek do podjechania i dopiero wtedy mogliśmy się puścić nafajniejszym chyba zjazdem, jakim zjeżdzaliśmy na tym wyjeździe. Jest nawet segment dla niego i ma on parametry 8,01km i 588m spadku terenu, co daje średnie nachylenie -7,3%. Zjazd tamtędy to była czysta przyjemność. Zresztą dość powiedzieć, że średnia prędkość z tego zjazdu wyniosła 29,9 km/h, a po drodze był jeszcze szybki postój na siku 😉 Tam naprawdę leci się epicko 🙂

Nad jeziorem Odensee

Zjazd kończył się przy sztucznym jeziorze z zaporą, od którego odbijaliśmy w lewo i mieliśmy się kierować w stronę Bad Aussee – dość dużej turystycznej miejscowości w rejonie. Zanim jednak mieliśmy tam dojechać, czekał nas jeszcze jeden podjazd (2,86km, 203m, 7,1%), więc przed nim pasowało nam gdzieś uzupełnić wodę i jakieś kalorie. Na szczęście po drodze znaleźliśmy schronisko Stenitzenalm w zasadzie przed samym rozpoczęciem podjazdu. Zjedliśmy tam po ciastku i uzupełniliśmy wodę i na takiej bazie kalorycznej rozpoczęliśmy podjazd. Ten na szczęście nie okazał się jakoś wyjątkowo męczący i po 20 minutach mieliśmy go już za sobą.

Rozpoczynamy ostatni podjazd 😉

Teraz czekał nas kolejny bardzo fajny, choć już krótszy zjazd (2,65km, 210m, 7,9%). Wymagał on czujności, bo był dość kręty, a ponadto po drodze spacerowały krowy, więc należało uważać i unikać kursu kolizyjnego. Takie zderzenie z krową wcale nie musiałoby należeć do przyjemnych.

Półmetek ostatniego podjazdu

Po zjeździe teren się nieco wypłaszczył i systemem króciutkich zjazdów, podjazdów i jazdy w miarę po płaskim kierowaliśmy się do Bad Aussee. Po drodze jeszcze minęliśmy niezwykle urokliwe jeziorko Odensee położone na wysokości ok 800m npm. Stamtąd wzdłuż rzeki dojechaliśmy do miasta, gdzie zrobiliśmy sobie krótki postój przed sklepem. Musieliśmy bowiem znów doładować się cukrem. Czekał nas jeszcze ostatni podjazd tego dnia – prawdziwy szatan prowadzący na szczyt Pflindsberg (ok 950m npm), gdzie zresztą znajduje się wieża widokowa. Na sam szczyt nasza ścieżka nie prowadziła (tam rowerem nie wolno), ale to w zasadzie niewiele zmieniało. Tak czy siak czekała nas kombinacja dwóch podjazdów przedzielonych krótkim odcinkiem płaskiego o parametrach 0,6km, 77m, 12,8% i potem 1,66km, 156m, 9,1%, czyli w zasadzie ponad 230m podjazdu na nieco ponad tylko 2km dystansu, czyli uśredniając w granicach 10%. Na naszą korzyść przemawiał fakt, że niemal cały ten podjazd poprowadzony był drogami asfaltowymi z Bad Aussee do miejscowości Altausee, co oznaczało, że można się trochę wspomóc i stanąć w korbach. Dopiero sama końcówka za szlabanem miała prowadzić znów drogami leśnymi, ale tam teren miał już trochę odpuścić.

Podjechane 🙂

Przy rozpoczęciu podjazdu przywitał nas znak drogowy z informacją, że nachylenie terenu tutaj sięga nawet 20%, ale ponieważ prowadziło to asfaltem, więc można było sobie pomóc stójką. Pierwszy z tych podjazdów wszedł nawet na miękko mimo już ok 1400m przewyższeń w nogach tego dnia. Dojechaliśmy asfaltem do Altausee i rozpoczęliśmy końcową wspinaczkę. Najpierw do końca asfaltu, a potem już szutrami za szlabanem. Wreszcie osiągnęliśmy najwyższy punkt podjazdu, gdzie znajdowały się drogowskaz i ławeczka. W sumie zajęło to nam około pół godziny, co biorąc uwagę zmęczenie i kumulację wysiłku na końcu etapu, należy chyba uznać za całkiem dobry wynik.

Tutaj zrobiliśmy krótki popas, ale też nie chcieliśmy spędzać tu zbyt dużo czasu. Wiedzieliśmy bowiem, że teraz do naszego miejsca noclegowego mamy już w zasadzie tylko zjazd. I to jaki! 5,29km, 308m i średnie nachylenie -5,8% co sprawiło, że ten dystans pokonaliśmy w niespełna pół godziny. Zjazd był efektowny, ale też musiał być czujny, bo przez chwilę zjeżdżaliśmy niebezpiecznie blisko koryta rzeki, które było obniżone w stosunku do drogi o jakieś 2-3 metry. Nalezało zatem uważać, aby koło nie uciekło i żeby nie skończyć zjazdu w rzece. Zwłaszcza, że wody tam za wiele nie było, więc zamiast kąpieli byłyby raczej solidne potłuczenia.

Po zjeździe dojechaliśmy do miejscowości Bad Goisern, gdzie znajdowała się meta naszego etapu. Pozostał nam już zatem niemal po płaskim dojazd do bazy. Finalnie dzień zamknęliśmy z wynikiem prawie 69km i 1624m przewyższeń.

16 czerwca (wtorek)

Wyspani i w miarę wypoczęci mogliśmy startować do ostatniego etapu. Dziś nasza rowerowa przygoda miała się zakończyć domknięciem pętli w Gosau. Etap nie był przesadnie trudny. Nawet powiedziałbym, że miał być najłatwiejszy ze wszystkich, bo czekać nas miało tylko ok 50 km  dystansu i zaledwie 1300m up. W tym wszystkim był jednak jeden „mały haczyk”. Otóż zdecydowaną większość metrów do góry mieliśmy pokonać „za jednym zamachem” (w jednym podjeździe). Tak długiego podjazdu z taka sumą przewyższeń jeszcze na tym wyjeździe nie robiliśmy. Więc niby fajnie, bo już „widać koniec”, ale gdy sobie człowiek tylko pomyślał o tym jednym podjeździe to nogi od razu zaczynały boleć.

Takie widoczki podczas objeżdżania Hallstattsee

Ten etap miał mieć jednak nieco inny przebieg niż poprzednie. Na poprzednich bowiem zwykle rozpoczynaliśmy od ciężkiego podjazdu by potem „dobić” tylko resztę przewyższeń mniejszymi bądź większymi hopkami. Tutaj miało być inaczej. Czekało nas najpierw niespełna 20km jazdy niemal po płaskim, by potem wjechać na ów podjazd i po jego pokonaniu zjechać już tylko do Gosau. Co jednak fajne, etap po płaskim prowadził wybrzeżem jeziora Halllstattsee, które jest po prostu piękne 🙂 Przejeżdżając ten odcinek co chwilę zatrzymywaliśmy się na przerwy zdjęciowe, chłonąc tutejsze krajobrazy, bo są one unikatowe w skali przynajmniej europejskiej (a może i światowej). Mimo wielu przerw jednak dość szybko bo po około godzinie dotarliśmy do Hallstatt skąd miał startować nasz podjazd. Uzupełniliśmy wodę na stacji benzynowej, zjedliśmy po batonie i ruszyliśmy zmierzyć się z przeznaczeniem, czyli ostatnim podjazdem na trasie.

Hallstattsee w swojej pełnej krasie

Trochę liczb na początek. Podjazd ten na stravie jest oznaczony segmentem – 9,22km, 926m i równiutkie 10% ciągnące się przez niemal 10 km, ale tak naprawdę to początek i koniec były najtudniejsze. Na początku czekał nas asfaltowy podjazd o parametrach 1,67km, 226m, 13,5% do mostka. Od mostka kończył się asfalt i zaczynał szuter, który przez wiekszą część pozostałego dystansu nie był specjalnie stromy, ale sama końcówka też została opisana osobnym segmentem: 1,99km, 235m i 11,7% średniego nachylenia. Na domiar złego mimo, że objeżdżając jezioro mieliśmy piękną pogodę to wjeżdżając do kanionu którym poprowadzona jest droga niebo się zachmurzyło, a po chwli zaczął padać deszcz. Kurek wyrwał tu szybciej robiąc sobie swój trening. Ja miałem tu inny cel – po prostu dojechać i przetrwać.

Jeszcze razem nad jeziorem 😉

Rozpocząłem wspinaczkę asfaltem kierując się w stronę wspomnianego mostka. Metry mijały z wolna, ale z drugiej strony wiedziałem, że przynajmniej przewyższenia tutaj dość szybko powinny się zacząć zgadzać. Przejechałem tunel wydrążony w skale i niedługo potem dotarłem do mostka. Tutaj już mocno kropiło, ale jeszcze nie zdecydowałem się na hardshella. Kontynuowałem zatem podjazd drogami szutrowymi, robiąc jednak po chwili przerwę na ubranie kurtki. Po drodze zjadłem jeszcze żela i wspinałem się dalej. Trasa wiła się jak wąż szerokimi serpentynami, a to w lewo, a to w prawo, cały czas nabierając wysokości. Po drodze dwukrotnie jeszcze mijałem samochód leśnej służby, by w końcu trasa rowerowa połaczyła się ze szlakiem pieszym. Po kilkuset metrach dotarłem do rozwidlenia, gdzie szlak pieszy prowadził początkowo w dół w kierunku szczytu Hohe Scheibe (1650m, swoją drogą: Wysoka Szajba – piękna nazwa J ) a mnie ślad prowadził ostro w prawo na wirażu i mocno pod górę.

Przy mostku gdzie kończył się asfalt

Zjadłem tu kolejnego żela i ruszyłem. Widziałem na mapie, że to ostatni kilometr. Pokonałem pierwszą ściankę, potem był kawałeczek zjazdu i płaskiego i ostatni podjazd. Ten, stromy i wysypany świeżym szutrem nie pozwalał stanąć w korby bo tylnie koło zaczynało się od razu ślizgać. Pozostała mozolna wspinaczka w trybie ugniatania dupy. Ostatnie metry to już prawdziwa walka, żeby tylko się nie przewrócić. W końcu jednak dotarłem na przełęcz Strahnhag (1502m npm), gdzie ulokowana jest ławeczka. Musiałem na niej zasiąść na dobrą chwilę bo przed oczami zrobiło się ciemno 😉

Podjazd za mną. Widoczek z ławeczki na przełęczy

Po chwili odpoczynku zjechałem do schroniska, gdzie czekał mnie na Kurek ze złotym izotonikiem. Tym razem wyjątkowo pozwoliłem sobie na zwykłego, bo wiedziałem, że wszystko co najgorsze już za mną i niedługo zejdziemy z rowerów.

Podczas zjazdu pod Vordere Gosausee

Po opróżnieniu kufli ruszyliśmy w dół, ale czekały nas tu jeszcze dwa „ząbki” na profilu. Po poprzednim wariacie te nie robiły już takiego wrażenia, aczkolwiek najpierw 0,8km, 87m, 10,7% i potem 1,13km, 73m i 6,4% dobiły już mocno umęczone nogi 😉 Wymordowaliśmy to jakoś i teraz czekał nas już tylko zjazd do samego Gosau. Najpierw długi (6,01km, 540m, -6,8%) szutrami do parkingu przy Vordere Gosausee a potem asfaltem do samego Gosau (2,64km, 126m, -5,1%). Zajęły nam one około pół godziny. Finalnie około 13 byliśmy przy pizzerii, gdzie zostawialiśmy auto w sobotę. Stało na swoim miejscu i nawet miało wszystkie koła więc można było uznać, że jesteśmy bezpieczni 😉

Nad Jeziorem Vordere Gosausee

Tego dnia zegarek pokazał 51km i 1364m przewyższeń.

Cała zaś trasa to koło 220km i około 7000m przewyższeń.

Epilog 😉

17 czerwca (środa)

Ponieważ mieliśmy jeszcze kilka dni w zapasie, zarezerwowaliśmy trzy noce w miejscowości Gmunden nad jeziorem Traunsee żeby trochę się zregenerować po wyrypie. We wtorek przyjechaliśmy tam z Gosau i w zasadzie poza zrobieniem zakupów i zjedzeniem kolacji na nic więcej sił nie było.

Rynek w Gmunden

Na środę jednak mieliśmy wykupiony wjazd kolejką na pobliski szczyt Grunberg (986m npm), którego nazwę można przetłumaczyć jako Zielona Góra 😉 Szczyt ten wznosi się ok 500m w stosunku do okolicy i prowadzą na niego zarówno trasy piesze jak i rowerowe. Na naszych zmęczonych nogach wjazd kolejką to jednak była jedyna realna opcja 😉 Ponadto bilet który kupiliśmy obejmował też wejście na tutejszy skywalk. Kolejka kursuje co 15 minut a przejazd trwa nie więcej niż 5 minut, więc żadna to wielka przygoda, ale sam fakt, że można dostać się 500m wyżej oszczędzając nogi był już wystarczającym argumentem.

Widok na Gmunden z wagonika kolejki linowej

Z górnej stacji kolejki ruszyliśmy na krótki spacer nad pobliskie jezioro Laudachsee, które leży u podnóża masywu Traunstein (1691m), na który prowadzi kilka dróg. Począwszy od zwykłych trekkingowych, po ferratowe, aż po wspinaczkowe, gdzie wymagane jest obycie z ekspozycją i znajomość technik linowych.

Jezioro Laudachsee, w tle Traunstein

Trasa nad jeziorko to ok 4,5 km i zajęła nam nie więcej jak 45 minut. Nad jeziorem znajduje się schronisko, gdzie można coś zjeść jak i wyrównać elektrolity. Stamtąd wróciliśmy tą samą drogą, kontemplując widoki i podziwiając masywne cielsko całego masywu, które z tej perspektywy wyglądało naprawdę poważnie. W drodze powrotnej jeszcze weszliśmy na tutejszy skywalk, skąd rozpościera się obłędny widok na jezioro, masyw Traunstein a z drugiej strony na majaczące aż po horyzont niziny. Gmunden jest bowiem jakby bramą do gór – na pólnoc od miasta mamy niziny, a na południe – góry.

Widok na Gmunden ze skywalka
Widok na Jezioro Traunsee ze skywalka

18 czerwca (czwartek)

Na czwartek początkowo mieliśmy zaplanowane wejście właśnie na Traunstein ferratą, ale wystarczyło rano zejść po schodach, żeby zrozumieć, że to nie jest dobry plan na ten dzień 😉 Trzeba było mocno zweryfikować plany, ale ponieważ nie chcieliśmy zgnić zupełnie w apartamencie wybraliśmy się na urokliwy punkt widokowy z ławeczką i widoczkiem na jezioro i okoliczne szczyty.

Pałacyk w Gmunden

Aby się tam dostać musieliśmy jednak najpierw podjechać autem na parking nad jeziorem. Nie było tam łatwo zaparkować, ale limity do 3h na jednym z okolicznych parkingów okazały się dla nas wystarczające. Zostawiliśmy auto, podeszliśmy promenadą wzdłuż brzegu jeziora i skręciliśmy w lewo na ścieżkę prowadzącą „do ławeczki”. Szlak jest krótki, ale dość wymagający. Niby tylko nieco ponad kilometr, ale do pokonania mamy tam ponad 200m przewyższeń, co przy panującym wówczas upale okazało się nie lada wyzwaniem. Weszliśmy tam w 20 minut, a widok z „ławeczki” był warty każdej kropli potu wylanej na podejściu 🙂 jest on po prostu obezwładniający i wszystkim gorąco polecam się tu wybrać.

Jezioro Traunsee z Gmunden

Po zejściu z widoczku ruszyliśmy do miasta. Tu odwiedziliśmy jeszcze pałacyk z kościołem na wyspie na jeziorze przypominający trochę słoweński Bled choć oczywiście w dużo mniejszej skali. Byliśmy też na tutejszym basenie nieco się schłodzić, bo temperatura powoli stawała się nieznośna. W efekcie niemal cały dzień spędziliśmy poza apartamentem i wydaje się, że wykorzystaliśmy czas spędzony tutaj na maksa.

Pałacyk na sztucznej wyspie na jeziorze Traunsee

Ale to na pewno nie są nasze ostatnie chwile tutaj 😉 Na pewno tu wrócimy, bo Traunstein sam się nie zrobi 😉  

Widoczek z ławeczki 🙂