Gruzja 2026

O ile w ekipie o wyjeździe do Gruzji w tym roku mówiło się już od kilku miesięcy, o tyle ja nie planowałem brać w nim udziału. Splot jednak wyjątkowych okoliczności sprawił, że otrzymałem szansę dołączenia do Jagódki na ostatni, przedłużony tydzień wyjazdu. Miałem zastąpić niejako wracających już do Polski chłopaków, a ponieważ obrobiłem się ze swoimi letnimi obowiązkami wcześniej i możliwości czasowe na to pozwalały, po 15 minutach zastanawiania się podjąłem decyzję i kupiłem bilety z Wrocławia do Kutaisi 😉 Mieliśmy razem z Jagódką spędzić tam dodatkowy tydzień między 2 a 9 sierpnia, a naszym celem był trekking po górach Swanetii z Mestii do Ushguli.

2.8.2026 (niedziela)

Wylot z Wrocławia był o godzinie 15.55, ale ponieważ start nieco się opóźnił, więc nie tylko ja doleciałem później, ale i chłopaki mieli później wrócić do Polski. Lecieli oni bowiem dokładnie tym samym samolotem, którym ja przyleciałem. Nawet udało nam się spotkać „przez szybę” terminala i zrobić sobie jedno pamiątkowe zdjęcie 😉 W hali przylotów natomiast czekała na mnie już Jagódka z prezentem w postaci piwa 😉 Mieliśmy już dograny nocleg i transport z lotniska, więc szybko trafiliśmy do Kutaisi. Zdążyliśmy jednak jeszcze pójść na późną kolację mimo, że było już dobrze po północy. Kutaisi to jednak miasto, które nigdy nie zasypia 😉

3.8.2026 (poniedziałek)

Wczesna pobudka (o 6 rano) sprawiła, że byłem kompletnie zakręcony. Wszak poszliśmy spać dobrze po 2. Mieliśmy na miejscu wykupione śniadanie, ale nie było ono, trzeba przyznać, najwyższej jakości. Tak czy siak coś w siebie trzeba było wrzucić. Nasz gospodarz zobowiązał się zawieźć nas na dworzec w Kutaisi skąd mieliśmy udać się marszrutką do Mestii. Na dworcu byliśmy niby pół godziny przed planowanym odjazdem, a mimo to chętnych na transport nie brakowało i trzeba było się sprężyć i trochę poprzeciskać łokciami, żeby kupić bilet. Spotkałem też znajome twarze z samolotu – grupę Węgierek, które przyleciały do Kutaisi tym samym lotem co ja.

Tama widziana w drodze do Mestii

Podróż z Kutaisi do Mestii to prawdziwa przygoda. Zwłaszcza, gdy trafisz na kierowcę – DJa, który za wszelką cenę stara się umilić tę siedmiogodzinną jazdę największymi hitami gruzińskiego (i chyba nie tylko) disco. Przez pierwsze pół godziny czy godzinę jest to nawet ciekawe i ma swój urok, ale po pewnym czasie zaczyna męczyć. Gdy dodamy do tego jeszcze upał, trudne warunki podróżowania, nienajlepszą drogę, mnogość zakrętów itp itd to czas spędzony w marszrutce na pewno nie było najmilej spędzonym czasem podczas pobytu w Gruzji. Po drodze kierowca wielokrotnie się zatrzymywał, pozwalając rozprostować kości co niby fajne bo dawało szansę odpocząć, ale też wydłużało czas podróży. Tak czy siak, przed 15 zameldowaliśmy się w naszym „apartamencie”, z którego następnego dnia mieliśmy rozpocząć trekking.

Sztuczne jezioro utworzone przez tamę

Był jeszcze zatem czas, żeby zobaczyć co oferuje Mestia, ale nie ma tego zbyt wiele. Kilka knajp, sklepów z pamiątkami, bank z kantorem i w zasadzie tyle. Wystarczyło jednak, żeby jakoś zagospodarować resztę dnia i przygotować się do zbliżającego się trekkingu.

4.08.2026 (wtorek)

Naszym celem na pierwszy dzień trekkingu było przejście z Mestii do Zabeshi, co stanowi ok 19 km i miało przynieść ok 750m przewyższeń. Po śniadaniu, które znów nie było jakieś rewelacyjne, ale jednak już lepsze niż to dzień wcześniej mogliśmy ruszyć w trasę. Przed startem rozbiłem jeszcze swojego nalgena co można było uznać za zły znak albo symboliczne zamknięcie klamrą jego historii. Był on bowiem kupiony 10 lat temu przed moim pierwszym wyjazdem do Gruzji na Kazbek 🙂

Widoczek do śniadania

Wyruszyliśmy ok 8.30 na szlak. Słońce od rana niemiłosiernie prażyło i raczej szukaliśmy każdego skrawka cienia. Musieliśmy najpierw zejść w dół do centrum Mestii, tam przejść przez most i jakby wrócić w przeciwnym kierunku. Minęliśmy ostatnie zabudowania i ruszyliśmy mozolnie pod górę. Choć nastromienie nie było jakieś ekstremalne to jednak palące słońce od rana wysysało wszystkie soki. Dość szybko dotarliśmy na pierwszy punkt widokowy, z którego rozpościera się widok na górującą nad okolicą Uszbą ze swoimi charakterystycznymi dwoma wierzchołkami: północnym (4697m) i południowym (4710m). Nie prowadzi tam żaden szlak turystyczny, ale góra stanowi poligon doświadczalny dla kaukaskich alpinistów trenujących przed wysokimi górami.

Uszba w całej swojej okazałości

Ruszyliśmy stamtąd dalej drogą ogrodzoną z obu stron płotami. Wreszcie trafiliśmy na polankę, na której odpoczywała spora, międzynarodowa grupa turystów, również z Polski. Za tą polaną teren wyraźnie się pionizował i czekać nas teraz miało najtrudniejsze podejście tego dnia. Na dystansie 500m mieliśmy do pokonania 125m w pionie, czyli średnio 25%. Nie było jednak czasu na rozważanie jak trudne podejście nas czeka, bowiem zbliżała się do nas burza, którą już nie tylko słyszeliśmy, ale i widzieliśmy. Niedaleko nas bowiem niebo co chwilę rozjaśniało się od piorunów uderzających o okoliczne zbocza. Nabraliśmy zatem tempa by jak najszybciej schować się pod „kafejką”, która znajduje się na przełęczy na wysokości ok 1900m.

Typowy gruziński krajobraz – góry i porzucony ciężki sprzęt 😉

Na końcowych metrach padało już tak, że ubieraliśmy kurtki i pokrowce przeciwdeszczowe, ale zanim dotarliśmy do „kafejki” padać w zasadzie przestało. A gdy tam odpoczywaliśmy, burza „przeszła bokiem” i się fajnie rozpogodziło. Zatem drugą część trasy mimo pewnych obaw znów mieliśmy pokonywać w dobrej (aż za…) pogodzie. Nie spieszyliśmy się jednak zbytnio. W „kafejce” spędziliśmy blisko godzinę, rozmawiając z innymi turystami i oswajając tutejsze krowy 😉

Goniąca nas burza

Następna część trasy prowadziła dość łagodnie w dół, aż mieliśmy dojść do drogi w miejscowości Mulakhi.  Zanim jednak to nastąpiło, udało nam się znaleźć gospodę gdzie poczęstowano nas chaczapuri co bardzo mi odpowiadało, bo zacząłem już odczuwać pierwszy głód. Spotkaliśmy tam też turystki z Izraela. Posileni ruszyliśmy dalej w stronę wioski, a po dotarciu do drogi kierowaliśmy się w stronę kolejnej miejscowości Chvabiani. Aby tam dotrzeć musieliśmy jednak wpierw przejść przez most i dalej już asfaltem kierować się do wioski. Na jej obrzeżach znajdował się sklep, w którym kupiliśmy coś do picia bo spacer drogą (później asfaltową) w pełnym słońcu sprawiał, że byliśmy na skraju odwodnienia. Dopiero po wypiciu litra soku w sklepie ruszyliśmy dalej już w kierunku naszego noclegu który znajdował się w kolejnej miejscowości – Zhabeshi.

Jeszcze inny widoczek na Uszbę

Dotarliśmy tam około 17, trochę już zmęczeni bo jednak w nogach było 18km. Trafiliśmy pod wskazany adres, ale trudno było się tam dogadać, bo gospodarze nie rozumieli ani słowa po angielsku. Zadzwonili oni jednak do swoich córek i z nimi już po angielsku omówiliśmy szczegóły noclegu, po czym zajęliśmy pokój. Nie było tu jednak warunków do zjedzenia kolacji – tę zjedliśmy w innym guest housie, kilkaset metrów wcześniej, gdzie jedzenie było naprawdę pyszne. Pierwszy dzień trekkingu można zatem było uznać za bardzo udany. Zakończyliśmy go z równymi 19km dystansu i 744m przewyższeń.  

5.8.2026 (środa)

Następny dzień przywitał nas bardzo dużą wilgocią w powietrzu, a to wszystko za sprawą solidnych opadów, które przeszły w nocy przez okolicę. Wróżyło to sporo błota na trasie, ale zanim mieliśmy wyjść, zjedliśmy przygotowane przez gospodarzy śniadanie. A to było naprawdę obfite – nie do przejedzenia. To tak naprawdę pierwsze porządne śniadanie, które zjedliśmy od czasu mojego przyjazdu do Gruzji 🙂

Niebo parujące po nocnych opadach w Zbaheshi

Po wyjściu kierowaliśmy się znakowaną ścieżką w kierunku Adishi – głównej miejscowości na trasie trekkingu z Mestii do Ushguli. Tego dnia mieliśmy do pokonania tylko ok 10 km, ale przy takiej samej sumie przewyższeń jak dnia poprzedniego. I w zasadzie już po wyjściu z naszego noclegu rozpoczęliśmy mozolną wspinaczkę do stacji narciarskiej położonej na stokach szczytu Sgimizuki (3183m). Mieliśmy do pokonania ponad 500m przewyższeń na dystansie niespełna 3km co dawało średnie nachylenie niemal 20%.

Tego dnia mieliśmy nieco inne górskie krajobrazy

Największą trudnością z rana oprócz wszędobylskiego błota było wybieranie właściwych ścieżek, których było w tym rejonie multum. Wiele z nich potem schodziło się do tej jednej właściwej, ale niektóre potrafiły też wyprowadzić na manowce, zatem należało się pilnować i regularnie sprawdzać czy na pewno „dobrze idziemy”.

Krajobraz bardziej typowy dla Małego Kaukazu – bujna roślinność na tle gór

Do stacji narciarskiej dotarliśmy po nieco ponad godzinie dość intensywnego marszu. Na rozległym płaskowyżu spotkaliśmy też parę z Holandii i wspólnie udaliśmy się do tutejszej kawiarni. Tutaj trochę odpoczęliśmy i ruszyliśmy dalej w kierunku Adishi. Nasz szlak prowadził teraz szeroką drogą delikatnie wspinając się zboczami Sgimizuki, ale nie wchodziliśmy na sam szczyt. Szeroka szutrowa droga prowadziła na wierzchołek, ale my odbiliśmy w prawo na wysokości ok 2480m i rozpoczęliśmy zejście. Okolica przypominała teraz raczej krajobraz Małego Kaukazu, z bujną roślinnością i stokami porośniętymi lasami liściastymi. Po drodze mijaliśmy tu wielu turystów, wszystkich w zasadzie udało nam się wyprzedzić.

Majaczące w oddali lodowce widziane z okolic stacji narciarskiej

Kilkaset metrów przed metą w Adishi natknęliśmy się na „kawiarnię” Lakhvba, w której postanowiliśmy zrobić sobie przerwę. Kafejka była bowiem bardzo uroczo położona, dając widok na dolinę rzeki Adischala, którą to doliną mieliśmy wędrować następnego dnia, a rzekę tę również przekraczać (prawdopodobnie konno). W kafejce oferowano również jedzenie, dlatego zamówiliśmy tam skhmeruli  (kawałki pieczonego kurczaka w sosie śmietanowo-ziołowym) i było to chyba najlepsze jedzenie, jakie zjadłem w Gruzji podczas tego pobytu 🙂

Kafejka nad Adishi

Po posileniu się ruszyliśmy w dół do Adishi bo w oddali dało się słyszeć pierwsze grzmoty. Wydawało się, że burza jest tuż tuż.

Nadchodząca burza na tle gruzińskiej flagi w Adishi

Po dotarciu do wioski znaleźliśmy nasz nocleg. Pokój był już prawie gotowy, ale my tylko zostawiliśmy rzeczy i poszliśmy „pozwiedzać” okolicę, choć trudno tam znaleźć wiele ciekawych atrakcji poza jedną kafejką z kawą i piwem. Na kolację zaś wróciliśmy do naszego noclegu. Gospodarze przygotowali kolację dla wszystkich swoich gości. Ta zatem była bardzo międzynarodowa bo prócz nas Polaków byli tam też Niemcy, Francuz (albo Hiszpan – nie jestem pewien) i dwójka Koreańczyków 🙂

Tego dnia pokonaliśmy w sumie dystans 11,5km przy przewyższeniach 880m.

6.8.2026 (czwartek)

To miał być najtrudniejszy dzień naszego trekkingu. Nie tylko ze względu na konieczność osiągnięcia najwyższego punktu na całej trasie – przełęczy Chkunderi (2722m),  ale przede wszystkim przez konieczność przekroczenia rzeki. W tym mieli nam jednak pomóc nasi gospodarze. Okazało się bowiem, że małżonek gospodyni świadczy usługi przekraczania rzeki na swoim koniu, z czego skwapliwie skorzystaliśmy, uiszczając wcześniej odpowiednią opłatę 😉

Swańskie wieże w Adishi

Po śniadaniu ruszyliśmy w drogę. Trasa początkowo wiodła łagodnie w dół do dna doliny. W miarę pokonywania kolejnych kilometrów naszym oczom zaczęły ukazywać się wysokie góry, z dominującym nad okolicą wulkanem Tetnuldi (4858m) i opadającymi nieopodal lodowcami. Po dotarciu do miejsca, w którym przekracza się rzekę nasz gospodarz nie był jedynym, który już tu dotarł z koniem i świadczył swoje usługi. Widać, że lokalsi zrobili z tego dobrze prosperujący biznes.

Powoli naszym oczom odsłaniają się wysokie góry

Przeprawa rzeki na koniu, choć krótka bo trwało to może z minutę, była prawdziwym przeżyciem 🙂 Udało się nie spaść z konia i też się nie zmoczyć. Koń bezpiecznie przeprowadził najpierw Jagódkę, a potem mnie. Niemal natychmiast ruszyliśmy w kierunku przełęczy. Czekało nas teraz dość mozolne podejście o parametrach ok 2,1 km i 440m przewyższeń, czyli nieco ponad 20%. Podobne w parametrach jak to z dnia poprzedniego, choć nieco krótsze. Teraz jednak należało wziąć poprawkę, że mieliśmy już w nogach kilka kilometrów dnem doliny.

Górujący nad okolicą wulkan Tetnuldi

Szybko jednak osiągnęliśmy przełęcz, ale żeby mieć lepszy widok, ruszyliśmy na nieodległy wierzchołek o wysokości 2810m skąd widok był po prostu obłędny. Mogliśmy z niego obserwować nie tylko Tetnuldi i okalające go lodowce, ale też inne wybitne szczyty jak choćby Lakutsa-Laartkol (4655m), czy Adishi (4305m). Spędziliśmy tutaj dobrą godzinę, bo trzeba było coś zjeść i wypić przed dalszą drogą. Mieliśmy bowiem dopiero 9km na koncie – czekało nas jeszcze ok 15 km marszu. Głównie w dół, ale to wciąż solidny spacer.

Lodowiec opadający do dna doliny

Zeszliśmy z wierzchołka z powrotem do przełęczy i ruszyliśmy w dół na drugą stronę. Osiągnęliśmy poziom torfowisk i starych chat pasterskich na wysokości ok 2350m, gdzie skręciliśmy w prawo. Idąc dalej prosto moglibyśmy już tego dnia dojść do Ushguli, ale wtedy  musielibyśmy przejść przez przełęcz Lagem (2990m), a to już mogłoby być dla nas trochę za dużo 😉 Zwłaszcza, że mieliśmy już zarezerwowany nocleg w Davberi. Kontynuowaliśmy zatem nasze zejście, mając po lewej stronie w dole rzekę Khaldeschala. Nie przekraczaliśmy jej jednak, płynęła ona głęboko w wąwozie, a były miejsca, gdzie nawet realnym byłby upadek do kanionu, gdzie ona płynęła. Taki upadek byłby raczej biletem w jedną stronę do piekła.

Na przełęczy Chkunderi

Po około godzinie dotarliśmy do cywilizacji i pierwszych zabudowań – miejscowości Khalde. Tutaj zaraz na początku znaleźliśmy „kafejkę”, gdzie pozwoliliśmy sobie na pierwsze tego dnia elektrolity, bo grzało solidnie. Posiedzieliśmy tu chwilę i ruszyliśmy dalej, chcąc jak najprędzej dojść do Davberi. Idąc tą drogą mieliśmy po prawej widoki na trzytysięcznik Chkunderi (3036m) a po lewej w oddali również na trzytysięcznik Shkederi (3133m). Niedługo potem doszliśmy do większej miejscowości – Iprari, gdzie chcieliśmy coś zjeść, ale nie udało się znaleźć żadnego koryta. Trzeba było zatem zejść aż do Kali i tam dopiero udało się zjeść jakiś podwieczorek (chaczapuri). Stamtąd mieliśmy już rzut kapciem do naszego noclegu, który okazał się gospodarstwem na delikatnym wzniesieniu, a wejścia na teren gospodarstwa pilnowały dwa psy, krowa i dwie świnie 🙂 Taki to mieliśmy folklor w tej Gruzji 🙂

Na zejściu z przełęczy widoczki też były niczego sobie 🙂

Tego dnia pokonaliśmy najdłuższy dystans 24,km przy 880m przewyższenia.

7.8.2026 (piątek)

To miał być ostatni dzień naszego trekkingu i spokojne dojście do Ushguli. Czekał nas około 10km spacer niejako równolegle do rzeki Enguri choć nie w jej bezpośredniej bliskości. Najpierw jednak musieliśmy podejść na grzbiet i to tym grzbietem przyszło nam tego dnia wędrować. Już zatem na starcie czwartego dnia trekkingu czekało nas podejście prawie 300m w pionie na niespełna 2km dystansu. Było zatem gdzie się zagrzać, a może i nawet zmęczyć.

Poranny widoczek z naszego noclegu

Trzeba jeszcze odnotować, że dostaliśmy tego dnia bardzo dobre śniadanie (niemal tak dobre jak dnia poprzedniego). Po pierwszych dwóch dniach w Gruzji gdzie śniadania raczej pozostawiały wiele do życzenia, te ostatnie były naprawdę dobre i obfite. Po takim pełnym śniadaniu dopiero ruszyliśmy w dalszą drogę.

Krajobraz przypominający ten z drugiego dnia trekkingu – znów bujna zieleń na tle gór

Po drodze spotkaliśmy jeszcze parę Hiszpanów, z którymi przecinaliśmy się na trasie trekkingu w tym dniu wielokrotnie by finalnie też spotkać się z nimi w Ushguli. Sama trasa tego dnia wiodła grzbietem więc chwilami otwierały się widoki na nieco dalsze wierzchołki, choć akurat gdy dało się zauważyć te najwyższe, ośnieżone szczyty, to akurat dobrą perspektywę zasłaniały okoliczne drzewa. Nie pozostało zatem nic innego jak tylko mozolnie i cierpliwie zejść do Ushguli. Tam znaleźliśmy nasz nocleg (choć nie było to łatwe) i po zostawieniu bagaży ruszyliśmy do centrum miasteczka.

Swańskie wieże w Ushguli

Tam odwiedziliśmy większość ciekawych miejsc takich jak galeria sztuki, kino (byliśmy nawet na filmie Dede – polecamy!), różne lokalne knajpki by finalnie zachód słońca spędzić z widokiem na Szcharę – najwyższy szczyt Gruzji, który z tej perspektywy prezentował się wręcz onieśmielająco. To naprawdę ogromna góra, która kontrastując z zielonymi zboczami Ushguli i doliny prowadzącej do stóp lodowca wygląda tym bardziej efektownie.

Kino w Ushguli

Widok na Szcharę

8.08.2026 (sobota)

W sobotę rano po śniadaniu udało nam się złapać transport do Mestii. Nie trwał on długo, bo jakieś 1,5h (w porównaniu do 7h jazdy z Kutaisi do Mestii to tyle co nic…) i już przed południem znów byliśmy w Mestii. Po drodze co chwila naszym oczom ukazywała się majacząca na horyzoncie Uszba, która dość wyraźnie dominuje w krajobrazie. Można ją dostrzec z naprawdę wielu miejsc.

Muzeum Michaiła Khergianiego w Mestii

Mieliśmy zatem pół dnia do zagospodarowania na zakupy pamiątek i ewentualne zwiedzanie okolicy. W niedzielę o 8 rano mieliśmy bowiem autobus z Mestii do Kutaisi. W tym czasie odwiedziliśmy m. in. Muzeum Alpinizmu Gruzińskiego (a w zasadzie muzeum poświęcone niejakiemu Michaiłowi Khergianiemu – słynnemu gruzińskiemu alpiniście działającemu głównie w latach 30 i 40 XX wieku). Odwiedziliśmy też starą swańską wieżę która dziś również służy za muzeum. Do tego jakiś obiad, podwieczorek, a potem kolacja i czas szybko zleciał.

9.08.2026 (niedziela)

Mimo, że byliśmy na dworcu autobusowym pół godziny przed odjazdem to nasz autobus był już niemal pełny, więc czym prędzej zajęliśmy miejsca, żeby przypadkiem nie odjechał od nas. Podróż powrotna nie była tak emocjonująca jak podróż w przeciwnym kierunku tydzień wcześniej. Kierowca nie katował nas gruzińskim disco, więc było w tym aspekcie nieco łatwiej. Z drugiej jednak strony w busie nie było klimatyzacji i jedyny przewiew stanowiło otwarte okno dachowe (boczne szyby niestety się nie otwierały). Gdy dodamy do tego panujący upał (w Kutaisi było 34 stopnie) to z busa wyszliśmy w zasadzie roztopieni, mimo że po drodze były dwie przerwy.

Po przyjeździe do Kutaisi poszliśmy na obiad do jednej z knajp położonych niedaleko dworca. Gorąc i ciężkie plecaki na plecach raczej zniechęcały do zwiedzania miasta na piechotę, więc ograniczyliśmy się tylko do jedzenia i wróciliśmy na dworzec, gdzie niedługo potem złapaliśmy busa na lotnisko. Na terminalu byliśmy około 16, co oznaczało że mieliśmy około 4h czasu zanim rozpocznie się nadawanie bagaży, kontrola bezpieczeństwa i możliwość przejścia do hali odlotów. Akurat, żeby zrobić duolingo, odświeżyć się przed podróżą i zjeść kolację 😉

Drugi pobyt w Gruzji pozostawił w nas masę pozytywnych wspomnień. Obyło się bez większych fuckupów (nie licząc rozbitego nalgena). Dojechaliśmy i doszliśmy wszędzie gdzie chcieliśmy. Rejon Mestii i ogólnie całej Swanetii nie został jeszcze przez nas do końca poznany, więc niewykluczone, że jeszcze za jakiś czas do Gruzji wrócę. Może tym razem nie będę czekał na tę okazję aż dziesięć lat, jak teraz 😉