Alpy Berchtesgadeńskie i Salzburskie

Schodząc w zeszłym roku z Watzmanna do Doliny Wimbach naszym oczom ukazał się majestatycznie wznoszący się po drugiej stronie doliny szczyt Hochkalter. Już wtedy wiedzieliśmy, że będziemy chcieli na niego wrócić. A gdy doczytaliśmy, że prowadzi na niego alpinistyczna ścieżka o dwójkowych trudnościach, wiedzieliśmy, że zrobimy to raczej prędzej niż później. Minął dosłownie rok i znów zameldowaliśmy się w Alpach Berchtesgadeńskich i Salzburskich z zamiarem zrealizowania postanowionych sobie przed dwunastoma miesiącami celów.

16.08.2021

Jednym z nich był właśnie wspomniany we wstępie Hochkalter, a drugim  mój od dawna niespełniony cel, czyli Hocher Dachstein superferratą (połączeniem ferrat Anna oraz Johan o sumarycznych trudnościach rzędu E). Tym razem jechaliśmy na nieco dłużej, zostawiając sobie jeden lub dwa dni zapasu w razie niepogody.

Po przyjeździe jednak w poniedziałek wieczorem okazało się, że znany nam camping, na którym zatrzymywaliśmy się też rok temu… wręcz tonie. Był to efekt nieustannie padających od blisko doby deszczów. Oznaczało to nie tylko, że następny dzień na pewno nie będzie dniem akcji górskiej, ale również problemy z rozbiciem namiotów. Aby je rozbić, musieliśmy bowiem znaleźć fragment terenu, gdzie postawienie stopy nie równało się chlupotowi wody tryskającej w każdą ze stron. Ostatecznie zajęliśmy chyba najgorsze możliwe miejsce – tuż przy przebiegającej w pobliżu linii i stacji kolejowej, z którą mieliśmy dość traumatyczne wspomnienia z poprzedniego roku, gdy przejeżdżające w środku nocy towarowe pociągi potrafiły wyrwać ze snu nawet największego śpiocha.

17.08.2021

Wtorkowy poranek przywitał nas dość średnią pogodą. Co prawda nie padało, ale prognozy wskazywały, że wyżej w górach będzie tego dnia zimno, a możliwe nawet miały być opady śniegu. Uznaliśmy zatem, że to dobra okazja na rozruch na rowerach. Wybraliśmy się zatem na pętlę dookoła masywu Hoher Goll (zdobytego rok wcześniej), której fragment jest jednocześnie fragmentem tzw. Dachsteinrunde MTB – trasy rowerowej biegnącej dookoła masywu Dachstein, o długości 270 kilometrów i przewyższeniach niemal 9000 metrów. Całość na pewno nie była naszym celem, a przynajmniej nie w tym roku.

Wystartowaliśmy w dobrze nam znanym kierunku – w stronę jeziorek Bluntausee, gdzie regenerowaliśmy się poprzedniego lata. Pogoda z rana jednak nie zachęcała do zbyt długich postojów więc ruszyliśmy dalej w kierunku schroniska Carl-von-Stahl-Haus, które znajduje się na wysokości ok 1730m. Biorąc pod uwagę, że startowaliśmy z pułapu ok 500m, mieliśmy zatem do pokonania, bagatela, blisko 1200m przewyższeń. I to wcale nie miał być koniec.

Początkowo droga była zupełnie przyjemna. Zakosami wspinaliśmy się coraz wyżej, mijając po drodze wodospad, a po chwili również grotę św. Huberta z figurką świętego – patrona zwierząt i myśliwych. Dopiero w dalszej części trasy – po wyjechaniu z lasu – zaczęły nam się otwierać widoki, przede wszystkim na górujący nad okolicą masyw Hoher Goll. Poruszanie się rowerem było możliwe do ostatnich zabudowań, w tym restauracji Obere Johann na wysokości ok 1400m. Ostatnie 300m przewyższeń musieliśmy zatem pokonać, biorąc rower na plecy. Stromizna i nierówności terenu bowiem uniemożliwiały jazdę. Część z ekipy miała tutaj pierwszy kryzys i sprawiała wrażenie, jakby nie chciała kontynuować wycieczki, ale ostatecznie dzielnie całą piątką zameldowaliśmy się w schronisku, gdzie zjedliśmy obiad i wyrównaliśmy elektrolity. Warto odnotować,  że schronisko znajduje się na przełęczy przechodzącej przez górskie pasmo stanowiące naturalną i administracyjną granicę między Austrią i Niemcami. Ze schroniska można również wybrać się na pieszą wycieczkę na wspomniany Hoher Goll. Nie to jednak było naszym celem. Po dostarczeniu kalorii do organizmów ruszyliśmy w dalszą drogę – już po stronie niemieckiej. Zjeżdżaliśmy teraz w kierunku jeziorka Koenigsee leżącego u stóp dobrze nam już znanego Watzmanna.

Początkowo zjazd był bardzo ostry, ale po równej i ubitej drodze, więc cały czas można było jechać na rowerze, zdzierając klocki i grzejąc tarcze w rowerach do czerwoności. Minęliśmy schronisko (a w zasadzie restaurację) Schneibsteinhaus na wysokości ok 1670m i popędziliśmy w dół, aż dotarliśmy do rozdroża szlaków, z którego ruszyliśmy w kierunku maleńkiego jeziorka Beschneiungsbecken, leżącego na wysokości ok 1120m. Stąd roztaczała się wspaniała panorama na całe Alpy Berchtesgadeńskie, z górującym nad okolicą Watzmannem oraz schowanym nieco z tyłu Hochkalterem. Gdzieś tam w dole dało się też zauważyć zarys jeziorka Koenigsee, ale podczas tej wycieczki nie dojeżdżaliśmy do niego, bo wtedy musielibyśmy więcej wracać pod górę. Nad jeziorkiem biegnie też towarowa kolejka linowa dowożąca towary do położonej na wysokości ok 1700m restauracji (bądź schroniska) Jenneralm. Stamtąd trochę asfaltami, a trochę szutrami ruszyliśmy w kierunku tzw. Panoramastrasse, prowadzącej na szczyt Rossfeld (1537m) leżący na granicy między Austrią, a Niemcami. Tą trasą jechaliśmy już rok temu, gdy podjeżdżaliśmy na parking przed zdobyciem Hocher Goll. W przeciwieństwie jednak do samochodów, dla rowerów trasa ta jest darmowa. Zaczyna się ona na wysokości ok 980m i szosą wyprowadza nas na wspomniany wierzchołek, co oznaczało, że czekać nas miało jeszcze ok 550m przewyższeń na odcinku około 8 kilometrów. Przyznam, że na tym odcinku miałem już niejeden kryzys. Wszak mieliśmy już wszyscy w nogach ponad 40 kilometrów i ponad 1500m przewyższeń, a to jeszcze nie był koniec. Wymordowani wreszcie dotarliśmy na wspomniany płaskowyż, gdzie jednak nie zatrzymaliśmy się na zbyt długo ponieważ było tam dość chłodno. Ubraliśmy tylko na siebie wszystko co mieliśmy i rozpoczęliśmy najprzyjemniejszy rowerowy zjazd w moim życiu. Przyznam, że momentami trochę się bałem, gdy rower od prędkości wpadał w rezonans. Późniejsze wskazania z zegarka pokazywały, że osiągaliśmy prędkości rzędu 80km/h, co na rowerze górskim może tłumaczyć wspomniany rezonans 😉 . Zjechaliśmy do miejscowości Bad Goisern, skąd bocznymi drogami przekroczyliśmy granicę z Austrią i wjechaliśmy do Hallein, skąd znaną nam z poprzedniego roku trasą wróciliśmy do Golling. Całość wycieczki zamknęła się w ok 65 kilometrach i blisko 2300m przewyższeń, co stanowi mój absolutny rowerowy rekord.  

18.08.2021

Następny dzień przywitał nas podobną pogodą jak poprzedni, ale tym razem do tego dołączyły palące po zeszłodniowej wycieczce uda. Aby jednak nie skisnąć na campingu uznaliśmy, że trzeba się gdzieś ruszyć. Ponieważ było zimno, odpuściliśmy spacer w wyższe góry i znów wybraliśmy się na lekkie, w założeniu „restowe” kręcenie na dwóch kółkach.

Wyruszyliśmy z Golling i udaliśmy się na wschód w kierunku miejscowości Abtenau, by w miejscowości Walingwinkl wjechać na górskie drogi.  Następnie przez bardzo wąską ścieżkę przypominającą nasze polskie singletracki dotarliśmy nad efektowny wodospad Aubachwasserfall, skąd ruszyliśmy już asfaltami w drogę powrotną w kierunku Golling. Niby nic specjalnego i nic bardzo męczącego, ale i tak z całej „restowej” w założeniu trasy, wyszło ponad 30 kilometrów i ponad 620m przewyższeń. Cała pętla zaś otaczała szczyt Schwarzerberg, osiągający wysokość 1584m, na który jednak nie prowadzi żadna znakowana ścieżka.

19.08.2021

Czwartek miał być dniem, w którym wreszcie prognozy były trochę bardziej optymistyczne, dlatego nie tracąc z rana czasu, szybciutko się zebraliśmy i ruszyliśmy w kierunku jeziora Hintersee w Alpach Berchtesgadeńskich, skąd mieliśmy wyruszyć na szlak prowadzący na Hochkalter. Jeziorko to znajduje się dosłownie kilkanaście kilometrów dalej za parkingiem Wimbachbrucke, skąd startował nasz zeszłoroczny szlak na Watzmanna. Podobnie jak w przypadku najwyższego szczytu tego pasma, tak i szlak na Hochkaltera jest często określany jako Uberschreitung, co można luźno przetłumaczyć jako trawers całego masywu.

O 9 rano zatem wyruszyliśmy na szlak, który początkowo prowadził po bardzo wygodnej ścieżce, ale cały czas trzymał stałe, niemałe nachylenie, sięgające kilkunastu procent. Maszerując zakosami bardzo szybko nabieraliśmy wysokości, co miało niemałe znaczenie biorąc pod uwagę fakt, że startowaliśmy zaledwie z 850m, a mieliśmy się wdrapać na ponad 2600m, co dawało dobrze ponad 1800m przewyższeń, biorąc pod uwagę wejścia i zejścia na grani w późniejszym etapie wędrówki.

Dotarliśmy wreszcie do dolnej stacji towarowej kolejki, którą wwożone są towary do schroniska Blaueishutte na wysokości ok 1650m. Końcówka podejścia do schroniska była już bardziej mozolna, nie po tak równej drodze jak wcześniej, a bardziej jakby po schodach. W schronisku zdecydowaliśmy się na krótki popas na uzupełnienie kalorii i płynów. Pogoda początkowo nie zachęcała do atakowania szczytu, bowiem w zasadzie wszystko powyżej schroniska spowijały chmury. Dość powiedzieć, że z poziomu schroniska nawet do końca nie widzieliśmy ścieżki, którą mieliśmy podążać. Ruszyliśmy zatem za drogowskazem, który pokazywał, że do szczytu mamy jeszcze 3h drogi. Początkowo jedna ścieżka wiodła we wszystkich możliwych opisanych na drogowskazie kierunkach aż do ruin starego schroniska położonych niespełna sto metrów wyżej. Tutaj ścieżki się rozdzielały. Większość ludzi, których mijaliśmy po drodze ruszali stąd w kierunku szczytu Schartenspitze (2153m) lub Steinberg (2065m) bądź też stamtąd schodzili.

My ruszyliśmy stamtąd w przeciwnym kierunku, ścieżką trawersującą pobliski żleb, wyprowadzający na przełęcz Schoner Fleck (2000m). Po drodze spotkaliśmy dwie dziewczyny, które mijaliśmy już wcześniej zarówno na podejściu, jak i w schronisku. To nas utwierdziło w przekonaniu, że pogoda może jednak nie jest aż tak zła, skoro są inne zespoły, które tego dnia wybierają się na Hochkaltera 😉 Przed przełęczą pojawiły się pierwsze techniczne trudności. Ścieżka bowiem się urywała i nagle szlak prowadził około 15-metrową ścianką, którą należało przewspinać. Trudności na niej nie były wielkie, ale jednak teren się dość mocno spionizował. Ze sporą lufą pod nogami, ale jednak bezpiecznie dotarliśmy na przełęcz, gdzie teren się wypłaszczył. Dalej łatwym terenm ruszyliśmy szerokim grzbietem w kierunku pobliskich skałek, skąd przez skalny labirynt dotariśmy do kolejnego trudniejszego fragmentu. Znów naszym oczom ukazała się ścianka do przewspinania. Nieco niższa, ale też nieco trudniejsza, zwłaszcza w początkowych ruchach. Znów jednak nie było konieczności asekurowania się tutaj, a jedynie trzeba było spokojnie wyszukiwać chwytów i stopni, których było tu od groma. Ścianka wyprowadziła nas na kolejne wypłaszczenie, gdzie lekko pobłądziliśmy i zasugerowaliśmy się ścieżką prowadzącą na szczyt Rotpalfen (2367m), którą jednak nasza trasa w założeniu miała omijać (są tam większe trudności, których chcieliśmy uniknąć). Wróciliśmy zatem na właściwą, oznakowaną ścieżkę i ruszyliśmy dalej grzbietem, który z minuty na minutę stawał się coraz węższą granią. Chmury opierały się o lewą stronę grani, zasłaniając potężną lufę po tej stronie. Po drugiej zaś mieliśmy piękne widoki na oddalone pasmo, którym biegła kolejna tak naturalna, jak i administracyjna granica między Austrią, a Niemcami z najwyższym szczytem Stadelhorn (2286m). Podążając granią dalej dotarliśmy w końcu do Kleinkaltera (2513) – przedwierzchołka przypominającego nieco Kleinglocknera przed wejściem na Grossglocknera. Stąd mieliśmy jeszcze zejście na przełączkę i ostatnie podejście  z jednym trudniejszym przejściem między dwoma głazami i krótkim kominkiem do przewspinania. Z Kleinkaltera już przynajmniej widzieliśmy nasz właściwy cel, bo na Hochkalterze stoi krzyż. Wcześniej nie mogliśmy dostrzec właściwego szczytu, bo nie dość, że zasłaniał go mniejszy przedwierzchołek, to i tak spowijały go nisko zawieszone chmury. Na szczycie spotkaliśmy znów nasze wielokrotnie spotykane tego dnia znajome. Tu dowiedzieliśmy się, że jednak jest ze Stanów Zjednoczonych, choć jej rodzice mają południowoamerykańskie korzenie, a druga z Włoch – prawdziwie międzynarodowy, choć tylko dwójkowy zespół.

Na szczycie zdecydowaliśmy się na krótki popas i uzupełnienie kalorii oraz płynów, po czym rozpoczęliśmy zejście w kierunku przełęczy Ofentalscharte (2360m), a stąd już żlebem do doliny Ofental. Żleb ten był na szczęście znacznie lepszej jakości niż ten spotkany rok wcześniej podczas zejścia z Watzmanna, więc dość sprawnie i szybko traciliśmy wysokość. Gdy weszliśmy już w wydawało się łatwiejszy teren, koledze spod nóg wyjechał kamień, stracił równowagę i upadł próbując się podeprzeć łokciem, co skończyło się oczywiście rozoraniem prawej ręki w łokciu. Szybka akcja opatrunkowa pozwoliła jednak kontynuować zejście. Mniej więcej od wysokości 1750m weszliśmy do lasu, co wydawać by się mogło, że będzie dla nas korzystne i da trochę ochłody przed słońcem. Tyle tylko, że w lesie promienie słońca i tak do nas docierały, a ponadto las utrzymywał wilgoć, która w szerokim żlebie zdążyła już odparować. W efekcie warunki zejściowe zamiast lepszych stały się gorsze. Ścieżka rozszerzyła się do wygodnych rozmiarów dopiero od wysokości 1200m i dopiero wtedy zejście stało się przyjemniejsze. Przy dojściu do rozwidlenia szlaków, z których jeden miał prowadzić do parkingu, gdzie zaparkowaliśmy auto, natknęliśmy się na potok Hirschbichlklausgraben, gdzie zdecydowaliśmy się na postój i chłodzenie stóp w wodzie. Ta okazała się porażająco zimna, pewnie wypływająca wprost z pobliskich resztek lodowca, więc po krótszym niż sądziliśmy postoju, ruszyliśmy w dalszją drogę. Już po płaskim, wygodną ścieżką niedługo potem wróciliśmy do auta. Cała trasa zajęła nam 9 godzin z przerwami, co uważam, że jest całkiem dobrym wynikiem.

20.08.2021

Piątek miał być dniem restowym, ale w przeciwieństwie do środy – miał to być dzień prawdziwie restowy 😉 Na szczęście tym razem pogoda sprzyjała temu, aby zabrać z campingu hamaki, chmielowe elektrolity i ruszyć nad jeziorka Bluntausee i tam nabierać sił przed ostatnim akordem naszego wyjazdu.

Niestety znów musieliśmy odpuścić Dachstein. Kolega, który zaliczył upadek uznał, że łokieć boli go na tyle, że nie chce go dodatkowo obciążać na ferracie o trudnościach E, co było skądinąd słuszną decyzją. Sam postanowił ponadto, że skróci swój pobyt na campie o  jeden dzień i już w sobotę wróci do Polski. My zaś pozostałą ekipą zdecydowaliśmy, że naszym ostatnim, sobotnim celem, będzie ferrata Ramsauer Klettesteig (C, 1-) uchodząca za prawdziwy klasyk w rejonie.

21.08.2021

W ośmioosobowym składzie ruszyliśmy z rana z Golling do znanego na całym świecie kurortu Ramsau, skąd startować miała ferrata. Początkowo mieliśmy pewne trudności, aby znaleźć się z drugą ekipą, która zaparkowała w nieco innym miejscu, przy Alpengasthaus Edelbrunn na wysokości ok 1320m, ale ostatecznie udało nam się wspólnie ruszyć na szlak. Zanim jednak przyszło nam przypiąć swoje lonże do stalówki, trzeba było pod tę ferratę w ogóle podejść. A podejście od samego początku było bardzo strome i mozolne. Dzięki temu jednak bardzo szybko nabieraliśmy wysokości, choć palące od rana słońce wcale nas nie oszczędzało. Szybko i sprawnie dotarliśmy do punktu na wysokości 1950m, który jest najwyższym punktem na szlaku którym się dotychczas poruszaliśmy, a który ma swoją specjalną nazwę Jungfrauensteig, nasuwającą oczywiste skojarzenia z pewnym alpejskim szczytem położonym w Szwajcarii 😉 Nasz szlak, którym do tej pory się poruszaliśmy odbijał teraz w lewo i schodził w dół w kierunku schroniska Brandalm i Muzeum Alpinizmu pod Dachsteinem.

My jednak zmieniliśmy kierunek i zamiast schodzić w dół trawersowaliśmy zbocze Hohe Gamsfeldspitze (2665m), na który – jak się potem okazało – mieliśmy wchodzić via ferratą. Trawers był dość przyjemny, poprowadzony widoczną ścieżką w żlebie, który jednak nie uciekał spod nóg, a z drugiej strony trawersowany przez nas szczyt dawał jeszcze trochę cienia. Wreszcie jednak dotarliśmy do rozwidlenia szlaków. W lewo odbiegała ścieżka prowadząca na wierzchołek Grosser Koppenkarstein (2863m) lub na jego mniejszego kuzyna Kleiner Koppenkarstein (2820m), z którego na drugi ze szczytów zresztą też prowadzi ferrata. Na szczycie tego większego znajdują się instalacje, które z dołu przypominały obiekty meteo. Być może kiedyś będzie nam dane sprawdzić z bliska co tam jest. My zaś skręciliśmy w prawo w ścieżkę, która zakosami trawersowała piarżyste zbocza i miała wyprowadzić nas na przełęcz Edelgriesshohe (2500m). Dopiero pod koniec trawersu pojawiły się pierwsze liny stalowe, do których niektórzy zdecydowali się już wpinać, choć to jeszcze nie była właściwa ferrata i trudności były tutaj minimalne. Po wyjściu na szerokie siodło naszym oczom ukazał się fantastyczny widok na cały masyw Dachsteinu i sąsiadujący z nim masyw bliżniaczych szczytów Kopperkarstein. Po drugiej zaś stronie roztaczał się szeroki płaskowyż, z którego wyrastały dwa wierzchołki – położony nieco bardziej na północ Landfriedstein (2536m) oraz Eselstein (2552), na który zresztą prowadzi ferrata z okolic przełęczy Gruberscharte (2353m) do której mieliśmy dziś zejść na koniec dnia. Okolica była praktycznie pozbawiona roślinności, a w krajobrazie dominowały tylko piarżyste zbocza i niewielkie polodowcowe jeziorka lub mikro polodowcowe kotły, w których gromadziły się resztki śniegu.

Na przełęczy spotkaliśmy też pierwsze oznaczenia prowadzące na Ramsauer Klettersteig – nasz cel. Początkowo jednak czekać nas miało jeszcze mozolne podejście na pierwszy z wybitnych wierzchołków, które mieliśmy osiągnąć tego dnia – Niedere Gamsfeldspitze (2604m). Po dotarciu na niego wystartowała dopiero właściwa ferrata.  Początkowo krótką granią, a potem ubezpieczonym w stalówkę kominem trzeba było zejść na niewielkie siodło, z którego mniej lub bardziej ściśle granią kierowaliśmy się w stronę wspomnianego już wcześniej, dającego życiodajny cień na trawersie Hohe Gamsfeldspitze. Dojście na ten wierzchołek nie sprawiło większych problemów. Zabawa na ferracie miała się dopiero zacząć. Teraz bowiem czekało nas dość długie zejście do szerokiego siodła, wycenione na B/C. Ponieważ schodziłem pierwszy i na zejściu spotkałem parę czeskich turystek, poprosiłem je, aby zaczekały aż cała nasza ośmioosobowa grupa zeszła z tego miejsca, bo mijanie się w połowie wysokości tej ściany na pewno nie byłoby przyjemne. Po ukończeniu zejścia z Hohe Gamsfeldspitze, przewinęliśmy się pod charakterystycznie „rozłupaną” turnią Schmiedstock (2650m), aby wchodząc jej południową ścianą, wycenioną na C, ponownie wejść na grań. To był zdecydowanie najtrudniejszy odcinek do pokonania na całej ferracie. Teraz łatwą granią poruszaliśmy się w kierunku szczytu Scheichenspitze (2667 m) – najwyższego na całej ferracie, z charakterystycznym krzyżem na wierzchołku. Po dotarciu na szczyt, zrobiliśmy sobie krótką przerwę na uzupełnienie płynów i kalorii oraz na sesję zdjęciową. Ponadto na szczycie tym znajdowała się skrzynka z książką wejść, do której się wpisaliśmy. Podobnie jak do tej na Hohe Gamsfeldspitze. Ponieważ jednak było już dość późno, nie mogliśmy tam zabawić zbyt długo mimo, że widoki wręcz onieśmielały. Cały czas towarzyszyła nam panorama masywu Dachsteinu wraz z sąsiadującą granią Kopperkarstein’ów na północnym zachodzie. Tymczasem na południowym wschodzie wyłaniały się dalsze pasma Alp austriackich, gdzieś daleko zamykających dolinę rzeki Enns. Najwyższe szczyty osiągają po tamtej stronie wysokości rzędu 2500m, jak na przykład Engelkarspitze (2518m) czy Scharnock (2498m).

Naszym celem było jednak dotarcie do przełęczy Gruberscharte, skąd już łatwym terenem mielismy schodzić do schroniska Gutenberghaus. Do tego jeszcze jednak mieliśmy kawałek drogi i przejście przez ostatni z wybitnych wierzchołków na grani – Hohe Rams (2551m). Po wejściu na niego naszym oczom w dolinie ukazała się sylwetka schroniska Gutenberghaus, położonego na wysokości około 2120m. Mimo, że nogi i gardło 😉 chciały jak najszybciej zejść do schroniska,  czekał nas jeszcze krótki, ale upierdliwy fragment ferraty. Niewygodny gdy schodziło się bez kijków, bo fragmentami trzeba było pokonywać piarżyste ścieżki, a niewygodny też z kijkami, bo nie wiadomo co z nimi zrobić gdy chciałoby się skorzystać z rozwieszonej stalówki. Umordowani dotarliśmy jednak w końcu do przełęczy, gdzie znów zaordynowaliśmy krótki postój i ruszyliśmy pędem do schroniska. Po dotarciu do niego udało się zamówić jeszcze elektrolity w płynie i chwilkę przy nich odpocząć. Nie spędzilismy tam jednak zbyt wiele czasu, bowiem zachód słońca już powoli majaczył na horyzoncie, a mieliśmy jeszcze około 900m zejścia i potem kilka kilometrów spaceru do parkingu.

Ruszyliśmy zatem szybkim krokiem na dół, zatrzymując się tylko w dwóch miejscach na szybkie sesje zdjęciowe. W efekcie te 900m deniwelacji pokonaliśmy w niewiele ponad godzinę. Potem czekał nas już tylko spacer poprowadzoną w górnej części Ramsau drogą rowerową w kierunku naszego parkingu. Zadowoleni ze szczęśliwego i bezpiecznego zejścia jednocześnie odczuwaliśmy już zmęczenie i znużenie czekającym nas kilkukilometrowym spacerem. Ostatnie metry pokonywaliśmy już w zupełnej ciemności, rozpracowując mniej lub bardziej skomplikowane zamknięcia furtek ogradzających teren na którym wypasane są krowy. A spotkanie z dwoma przedstawicielkami tego gatunku w pełnej ciemności też dostarczyło niemało emocji 😉 Ostatecznie jednak około 21 zameldowaliśmy się przy samochodach, kończąc całodniową wyrypę, podczas której pokonaliśmy ok 23 kilometrów i nieco ponad 1900m przewyższeń. Było to też idealne zwieńczenie tegorocznego wyjazdu w te rejony. Cytując klasyka – tzw. truskawka na torcie.

22.08.2021

Następnego dnia rano spakowaliśmy manatki i ruszyliśmy w drogę powrotną do Polski z mocnym postanowieniem powrotu w te rejony w przyszłym roku. A plan na ten przyszłoroczny wyjazd już mamy dobrze ułożony w głowach… 😉