Gdy po czerwcowym Dachsteinrunde zjechaliśmy do Gmunden na dwa dni restu, naszym oczom ukazało się potężne cielsko Traunstein (1691m) górujące nad taflą jeziora Traunsee. Ktoś by pewnie powiedział: „e tam, przecież to tak samo wysokie jak Śnieżka – czym tu się ekscytować?”. Niby tak, ale gdy weźmiemy pod uwagę, że podejście rozpoczyna się z wysokości na jakiej położone jest jezioro – ok 400m, to robi się z tego już solidna wyrypa o minimum 1200-1300m przewyższeń. Nawet początkowo chcieliśmy wtedy w czercu załoić górę, ale zmęczenie po rowerowej wyrypie sprawiło, że zgodnie odłożyliśmy tę górę na kolejny wyjazd 🙂 Ten umówiliśmy na ostatni (nieco przedłużony) weekend września.
24.09.2026 (czwartek)
Niestety pogoda po przyjeździe uniemożliwiała jakąkolwiek akcję górską, bo cały dzień padało. Zresztą nawet gdyby nie padało to i tak pewnie nigdzie byśmy nie poszli, bo zmęczeni podróżą byliśmy w stanie jedynie podejść na punkty widokowe nad pobliskim kościółkiem. Widoki jednak stamtąd wcale nie były jakieś spektakularne, bo trudno aby takie były, gdy niebo jest szczelnie zasnute chmurami.

25.09.2026 (piątek)
Wypoczęci w piątek rano ruszyliśmy autem do Gmunden, z którego mieliśmy startować na szczyt Traunsteinu. Naszym celem było wejście drogą Naturfreundsteig, która w niektórych źródłach jest traktowana jako ferrata (o trudnościach maksymalnie B) a według innych jako po prostu nieco bardziej zaawansowana ścieżka w górach.

Szlak rozpoczyna się przy parkingu, który stanowi ostatnie możliwe miejsce, gdzie można pozostawić samochód. Wyruszyliśmy punktualnie o 9 i podążaliśmy za tłumami, mając nadzieję, że jednak nie wszyscy obrali za cel Naturfreundsteig. Minęliśmy jedno rozwidlenie dróg, potem przeszliśmy przez tunel, aż dotarliśmy do miejsca, z którego startuje rzeczywista ferrata. Bo faktycznie zauważyliśmy sztuczne ułatwienia oraz stalową linę asekuracyjną.

Pierwszy segment ferraty wyceniony na B minąl dość sprawnie bo wszyscy jeszcze z dużym zapasem sił. Przeszliśmy pierwsze trudniejsze fragmenty by zejść znów na zwyczajną ścieżkę, by niedługo potem dotrzeć na przełęcz Sulzkogelscharte (800 m), z której wyrasta turniczka Kleiner Sulzkogel (852 m) – aż by się chciało wejść tam jakąś ferratą, choć na pewno nie byłaby ona łatwa, bo turnia choć niewysoka to strzelista.

Stamtąd ruszyliśmy znakowaną wyraźną ścieżką pod górę by niedługo potem dotrzeć do kolejnego fotogenicznego miejsca – przełęczy Am Südwestgrat (970 m), która jak sama nazwa wskazuje, sugeruje dojście do granicy południowo-zachodniej. Stamtąd rozpościera się fantastyczny widok na jezioro, a okoliczne ławki i stoliki zachęcają do zrobienia tutaj krótkiego popasu. Zresztą mieliśmy już w nogach ponad 500m przewyższeń, więc to był dobry czas, żeby coś zjeść.

Następnie łatwiejszym terenem dotarliśmy do kolejnej niewielkiej przełączki Überstieg (1020 m), z której znów mieliśmy super widok na jezioro Traunsee. Tu jednak zrobiliśmy krótszą przerwę i ruszyliśmy dalej pod górę. Widzieliśmy już pokryte solarami ściany i dach schroniska Traunsteinhaus, ale przed nami był jeszcze trawers ogromnej ściany i wejście w ostatni żleb prowadzący w okolice schroniska. To osiągnęliśmy około południa.

Na miejscu zamówiliśmy ciastko z piwem i usiedliśmy na tarasie skąd znów mieliśmy wspaniały widok. Tym razem z racji wysokości już nie tylko na jezioro, ale i na okoliczne góry i doliny. To nie był jeszcze szczyt. Do niego mieliśmy jeszcze około 100m przewyższeń, ale najpierw trzeba było kawałeczek zejść do niewielkiego szerokiego siodełka i dopiero stamtąd do drugiego schroniska Gmundner Hütte. Stamtąd po posileniu się kolejnym radlerem ruszyliśmy na wierzchołek, który zdobi duży stalowy krzyż.

Po krótkiej sesji zdjęciowej i filmowej z drona rozpoczęliśmy drogę zejściową. Mieliśmy w nogach już ponad 1300m przewyższeń, więc należało się spodziewać, że kolana będą solidnie zagrzane. Nie chcieliśmy jednak schodzić tą samą drogą i zamiast tego rozpoczęliśmy zejście drogą Hernlersteig, trawersującą północne ściany Traunstein. Początkowo musieliśmy przetrawersować wierzchołek by dojść do miejsca, z którego startuje też krótka ale ambitna (D) ferrata na szczyt. Zejście choć prowadziło łatwą ferratą, było dość czujne. Chętnie przypinaliśmy się do stalówki szukając asekuracji, żeby nic nie wyjechało spod nóg.

Powoli krok za krokiem gubiliśmy wysokość, co jakiś czas zatrzymując się by dać odetchnąć (i wystygnąć) kolanom. Co ciekawe, mimo coraz późniejszej pory, spotykaliśmy coraz więcej osób podchodzących dopiero na szczyt z dołu. Wreszcie dotarliśmy do punktu widokowego, tzw. Dachsteinblick skąd można przy dobrej pogodzie zaobserwować nawet górujący nad okolicą (i jeziorem Traunsee) masyw Dachsteinu. Stamtąd teren już nieco się wypłaszczał, choć co chwila zdarzały się miejsca, gdzie chętnie się przypinaliśmy. Wreszcie dotarliśmy do skrzyżowania dróg – stąd nasze zejście prowadziło już szeroką szutrową drogą. Byliśmy zatem bezpieczni.

Ostatecznie przy aucie zameldowaliśmy się około godziny 16. Zatem cała akcja górska zajęla nam 7 godzin. Przeszliśmy zaledwie niecałe 12 km, ale przy prawie 1400m przewyższeń, co musiało zostawić ślad w kolanach 😉 Wyrypa jednak super, podejście trudne, ale nagradzające potem wspaniałymi widokami na okolice jeziora Traunsee. Warto – polecam każdemu. Nawet gdy ktoś nie jest jakoś specjalnie zaznajomiony i doświadczony w ferratach.

26.09.2026 (sobota)
Początkowo chcieliśmy w sobotę uderzyć na ferratę Attersee nad jeziorem o tej samej nazwie. Niestety okazało się, że ferrata jest zamknięta z powodu uszkodzenia (zerwania) stalowej liny asekuracyjnej. Potrzebowaliśmy zatem znaleźć sobie inny plan. Po długich i burzliwych 😉 dyskusjach podjęliśmy decyzję, aby pojechać do Gosau i zrobić ferratę Intersport. To jedna z najbardziej znanych ferrat a Austrii, a jej najbardziej charakterystyczną cechą jest tzw. Drabina do nieba – 40 metrowa drabina rozpostarta między dwoma turniami z ogromną lufą pod nogami.

Uprzedzałem jednak, że z racji bardzo dobrej pogody i weekendu należy się spodziewać zatorów na tej ferracie, bo jednak jej popularność jest olbrzymia. Mimo wszystko zaryzykowaliśmy. Pojechaliśmy rano nad Vordere Gosausee i wjechaliśmy kolejką Gosaukammbahn do górnej stacji na wysokości ok 1470m. Dzięki temu mieliśmy dużo mniej podejścia pod ferratę – ledwie ok 100 metrów. Zaskoczyło nas jednak, że te 500m wyżej było dużo cieplej niż w zacienionej dolinie z jeziorem. Ale dla nas to tym lepiej.

Ruszyliśmy natychmiast ze stacji kolejki w kierunku ferraty i to co zobaczyliśmy przy wejściu na nią nas po prostu zamurowało. Kolejka do drabiny wcale nie kończyła się na ferracie. Cała ferrata była po prostu oklejona ludźmi aż do miejsca, gdzie wchodzi się na nią ze znakowanej ścieżki. Daliśmy sobie zatem spokój, ale nie oznaczało to, że schodzimy na dół i odpuszczamy wejście na Grosser Donnerkogel, na którym ferrata się kończy. Zamiast tego zdecydowaliśmy się przetrawersować południowe zbocze Donnerkogla aż do schroniska Stuhlalm i stamtąd mieliśmy ruszyć niejako w kierunku przeciwnym na szczyt.

Ruszyliśmy zatem delikatnie w dół trawersując zbocze. Chwilami szlak był niewygodny i nawet nieco niebezpieczny, bo ekspozycja momentami naprawdę potrafiła przyprawić o zawrót głowy. Po nieco ponad godzinie jednak dotarliśmy do schroniska, z którego rozpościera się fantastyczna panorama nie tylko na zbocza Donnerkogla, ale z drugiej strony mieliśmy przed sobą widok na Wysokie Taury z dominującymi nad okolicą Grossglocknerem i Grossvenedigerem z charakterystycznym dużym lodowcem w kopule szczytowej. W schronisku zjedliśmy ciastko i wypiliśmy elektrolity po czym ruszyliśmy w kierunku Grosser Donnerkogela.

Szlak prowadził od samego początku ostro pod górę. Po prawej stronie widzieliśmy potężne ściany Angerstein (2100m), którego szczyt zdobi wyraźnie widoczny z dołu krzyż. Po wyjściu z lasu musieliśmy przekroczyć trochę niebezpieczny sypki żleb, który dodatkowo był zacieniony, więc było tam naprawdę chłodno. Szybko zatem minęliśmy ten fragment, żeby znów wyjść do słoneczka i przy okazji też na łatwiejszy teren. Tam zrobiliśmy sobie chwilę przerwy niedaleko odbicia na wierzchołek Strichkogel (2034m). Nie wchodziliśmy jednak na ten szczyt. Ruszyliśmy dalej w kierunku naszego celu, wchodząc po drodze niejako przy okazji na wierzchołek Steinriesenkogel (2008 m).

Zejście z niego okazało się nieco problematyczne. Na szczęście była tam dostępna stalówka do asekuracji, więc na szczycie oszpeiliśmy się w uprzęże i lonże i chętnie skorzystaliśmy z dostępnej opcji asekuracji. Zeszliśmy na siodełko, z którego krótką i nieco eksponowaną granią dotarliśmy do zwornika grani. Stąd musieliśmy zejść stromym żlebem na szerokie siodło, a z niego krótką ubezpieczoną ścianką wyjść na południowe zbocze Grosser Donnekogla. Tutaj nasza ścieżka łączyła się z główną drogą zejściową z ferraty Intersport. Mieliśmy przed sobą jeszcze kilkuminutowe podejście na szczyt, na którym była masa ludzi – wszyscy ci, którzy schodzili z ferraty musieli bowiem przejść przez ten wierzchołek.

Odpoczęliśmy tam chwilę i ruszyliśmy na dół, żeby na spokojnie jeszcze złapać wagonik kolejki na dół. Nikomu bowiem w głowie nie było schodzić na własnych nogach z górnej stacji kolejki. Oszczędzanie kolan stało się priorytetem. Zwłaszcza, że zejście z Grosser Donnekogla do górnej stacji kolejki to i tak ponad 500m deniwelacji na nieco ponad 2km dystansu. Zejście prowadziło początkowo szerokim żlebem, a potem trawersem wierzchołka po fantazyjnie wyżłobionych nieckach w skalnym zboczu. Nie było to może bardzo trudne, ale na pewno uciążliwe. Zwłaszcza, że co chwilę trzeba było chować kijki by móc złapać się liny do asekuracji. I takim trybem hybrydowym zeszliśmy do przełęczy, na której dziś już byliśmy i gdzie podjęliśmy decyzję, że obchodzimy górę do schroniska i dopiero potem wchodzimy na szczyt.

Przy górnej stacji kolejki natychmiast ruszyliśmy w kierunku wagonika i zjechaliśmy na dół pierwszym dostępnym i szybciutko wyjechaliśmy w kierunku Gosau, a dalej do nas na bazę w Traunkirchen. Czuliśmy, że kolana były już mocno ugotowane, więc nawet cieszył nas powrót do Polski następnego dnia.
