Costa Blanca 2026

Zimowy wyjazd do Calpe składał się w zasadzie z dwóch epizodów. Pierwszy miał miejsce w styczniu – z wylotem w Nowy Rok, a drugi pod koniec lutego. Podczas obu tych wyjazdów udało się zobaczyć kilka fajnych miejsc i przejść ciekawe ferraty, ale po kolei..

01.01.2026 (czwartek)

Impreza sylwestrowo-noworoczna na przełomie lat 2025/2026 była inna niż zwykle – o 22.30 już byłem w łóżku i nie wybudziły mnie nawet nocne fajerwerk 😉 A wszystko przez to, że w Nowy Rok już o 7 rano mieliśmy samolot do Walencji, skąd zamierzaliśmy się udać do Calpe. W skromnej, dwuosobowej ekipie chcieliśmy trochę pojeździć na rowerze, przejść jakąś ferratę i może pójść jeszcze na jakiś trekking.

Penyon widziany z hotelu

Po wylądowaniu w Walencji i odebraniu auta na lotnisku ruszyliśmy od razu w drogę do Calpe. Na miejscu byliśmy wczesnym popołudniem, a ponieważ było ciepło i słonecznie, chcieliśmy wykorzystać jeszcze drugą połowę dnia. Po zameldowaniu się w hotelu i obiedzie ruszyliśmy na zachód słońca na Penyona. Podejście zajęło nam niespełna godzinę, a na szczycie spotkaliśmy kilka osób. Niestety niebo się zachmurzyło i nie było aż tak spektakularnych widoków do jakich przyzwyczaiło nas to miejsce. Tak czy owak, fajnie było nie zgnić po przyjeździe i już pierwszego dnia rozruszać lekko nogę przed rowerową wyprawą jaką mieliśmy zaplanowaną na następny dzień.

Na szczycie Penyona. Już robi się ciemno.

 02.01.2026 (piątek)

Na ten dzień mieliśmy zaplanowaną wycieczkę rowerą na rowerach szosowych, które zarezerwowaliśmy w tutejszej wypożyczalni, prowadzonej przez Polaków. Początkowo chcieliśmy wypożyczyć rowery aż na trzy dni, ale prognozy pogody wskazywały, że zbliża się jakiś tajfun, który raczej nie pozwoli na długie rowerowe wycieczki. Ostatecznie zatem ja wziąłem rower na jeden dzień, podczas gdy Michał na dwa.

Wschó słońca w Calpe 🙂

Trasa na sobotę zakładała delikatne 108km i prawie 2km w pionie 😉 Dla mnie, niejeżdżącego od dwóch miesięcy na rowerze (a na szosie jeszcze nigdy) to wyglądało jak zabójstwo. Ale uznałem, że podepnę się pod Michała i pojadę za nim tyle ile dam rady. Rowery które dostaliśmy z wypożyczalni nie były jakieś szczególnie wypasione, ale dla mnie i tak był to pierwszy kontakt z szosą. Ale już po kilku kilometrach wiedziałem, że nawet jeśli noga pozwoli, to dupa już nie bardzo bo nie zgrała się z siodełkiem.

Złota strzała z widokiem na grań Bernia 🙂

Wyruszyliśmy z Calpe wybrzeżem w kierunku Alicante. Minęliśmy Alteę i skręciliśmy w prawo w góry. Teraz kierowaliśmy się w stronę miejscowości La Nucia, skąd dalej mieliśmy się udać aż do Guadalest gdzie znajduje się malowniczo położony na skale zamek – jedna z największych atrakcji turystycznych rejonu. Tylko, że aby dojechać do tego miejsca trzeba pokonać z La Nucii kolejne 400m przewyższenia. Mi jednak już w La Nucii tyłek zupełnie odmówił posłuszeństwa, a do tego w nogach poczułem, że nie utrzymam Michała tempa. Być może dałbym radę jeszcze z nim pokręcić 30 czy 40 km, ale potem miałbym dodatkowe 30km powrotu. Dlatego uznałem, że odłączę się od Michała. Całej trasy na pewno bym z nim nie zrobił, a i tak czekał mnie jeszcze powrót do Calpe, a jeśli chciałbym wrócić inną drogą, żeby trasę zamknąć w pętlę, czekało mnie i tak kolejne 300-400m przewyższeń.

Złota strzała, a w tle Penyon

Michał zatem pojechał dalej w kierunku Guadalest, a ja za La Nucią odbiłem w prawo w kierunku miejscowości Callosa de Saria. Początkowo miałem zjazd, ale przed samym miasteczkiem teren znów się spionizował i trzeba było dokręcać pod górę. Stamtąd odbiłem w prawo, gdzie miałem dojechać aż pod Altea Hills czyli niedaleko Calpe. Pod Altea Hills dotarłem szybko, bo teren jednak cały czas delikatnie się obniżał. Dopiero ostatnie kilometry czyli powrót z Altea Hills do Calpe to teren znów bardziej pagórkowaty, gdzie poczułem mocne zmęczenie w nodze (i niestety w dupie też). Ostatnie krótkie podjazdy wymagały już regularnych pauz, by zebrać siły i dać odpocząć kości kulszowej

Ostatecznie do Calpe wróciłem około godziny 14, oddałem rower, prysznic i obiad w oczekiwaniu na Michała. Ten po 17 napisał, że wraca i że niedługo będzie w wypożyczalni. Pierwszy kontakt z szosą nie okazał się nad wyraz spektakularny. Ukręciłem 51km i ponad 700m przewyższeń… No cóż, wielokrotnie zdarzało mi się robić mocniejsze trasy i to na góralu w terenie…

03.01.2026 (sobota)

Na następny dzień mieliśmy zaplanowaną ferratę Bolon niedaleko miejscowości Elda. Miejscowość ta jest położona niedaleko Elche, co nam bardzo pasowało, bo na wieczór udawaliśmy się do samego Elche na mecz między Elche i Villarrealem.  Z Calpe do Eldy mieliśmy około godziny jazdy, zatem na miejsce dotarliśmy jakoś przed jedenastą bo trzeba było rano jeszce zjeść śniadanie i spakować się na ferratę.

Widok z parkingu pod ferratą. Widoczny skalny stół w tle to właśnie Norte del Cid 🙂

Po dotarciu na parking pod ferratą zauważyliśmy, że na ferracie działa już kilka zespołów, choć trzeba tutaj wyjaśnić, że w okolicy znajdują się aż trzy ferraty. Dwie z nich wyprowadzają na wierzchołek Bolon, podczas gdy trzecia, oferująca przejazd tyrolką dopiero łączy się z jedną z wcześniej wymienionych. Byliśmy przygotowani na zjazd tyrolką (mieliśmy bloczki), ale gdy przygotowywaliśmy się do zjazdu, usłyszeliśmy z dołu głośny krzyk, który nas od zjazdu odwiódł. Zeszliśmy zatem do dołu wyraźną ścieżką pod tyrolką i spotkaliśmy przewodnika, który krzyczał do nas z dołu. Twierdził on, że zjazdy tyrolką są możliwe tylko z przewodnikami. Na ile są to kwestie bezpieczeństwa, a na ile chęć zarobku dla lokalnych przewodników – nie mi to oceniać. Faktem jest jednak, że tyrolki na Korsyce czy w okolicach Malagi są darmowe.

Na ferracie

Tak czy owak, po zejściu spod tyrolki do jednej z ferrat prowadzących na szczyt mogliśmy ruszyć już na właściwą ferratę. Ta, w trudnościach K2/K3 prowadziła skalnym filarem prosto na szczyt. Przed sobą widzieliśmy jeszcze dwójkę Amerykanów. Zwłaszcza po tym drugim było widać, że ta ferrata jest dla niego sporym wyzwaniem. Pewnie nie pomagała mu jego sylwetka i dodatkowe kilogramy, które musiał dźwigać. Tym bardziej trzeba docenić, że udało mu się przejść ten filar, gdzie był jeden trudniejszy fragment prowadzący lekkim przewieszeniem.

Po przejściu ferraty na szczycie spotkaliśmy bardzo dużo turystów – być może i lokalsów, którzy na szczyt wchodzą też łatwiejszymi ściezkami –jedną z nich mieliśmy też schodzić ze szczytu. Z samego wierzchołka zaś rozpościera się bardzo ładny widok na okoliczne góry. Szczególnie jedna góra zwróciła moją uwagę po drugiej stronie Eldy. Podczas zejścia doczytałem, że to Norte del Cid, na którą prowadzi ferrata wyceniana na K3/K4. Uznałem, że to będzie mój cel na moją kolejną podróż w te rejony.

Mostek na ferracie

Po zejściu z ferraty podjechaliśmy do Eldy na jakiś wczesny obiad, ale knajpa, którą znaleźliśmy nie była jakaś rewelacyjna. Pora też nie sprzyjała, bo jednak większość ciekawych restauracji o tej porze jeszcze w Hiszpanii jest zamknięta. Dlatego zaraz po jedzeniu ruszyliśmy do Elche na mecz. Mieliśmy tam niespełna godzinę jazdy, a po dotarciu na miejsce mieliśmy jeszcze na tyle zapas czasu, że mogliśmy pójść na spacer do największego w Europie parku palmowego (wpisanego na listę dziedzictwa UNESCO – warto odwiedzić). Stamtąd ruszyliśmy jeszcze do centrum (Elche nie jest dużym miastem, można się po nim spokojnie poruszać pieszo), gdzie udało nam się w końcu znaleźć dobry bar tapas i porządnie pojeść. Akurat zleciał czas przed meczem, więc na sam stadion trafiliśmy niedługo przed pierwszym gwizdkiem.

Wspomniany filar

Sam mecz niekoniecznie się udał gospodarzom, bo przegrali, ale samo widowisko sportowe było warte zapłacenia 40 euro za te bilety 😉

Park palmowy w Elche

Na stadionie przed meczem

04.01.2026 (niedziela)

Niestety już w sobotę wieczorem dało się zauważyć, że pogoda psuje się jeszcze bardziej. I faktycznie w niedzielę od rana padało. Najpierw w Calpe gdzie jedliśmy śniadanie, a potem w Walencji, do której pojechaliśmy w poszukiwaniu pomysłu na spędzenie tego dnia. Ostatecznie ustaliliśmy, że najlepszym pomysłem będzie zwiedzić Miesto Sztuki i Nauki w Walencji, łączac to z wizytą w tamtejszym oceanarium. Bilet łączony na wszystkie te atrakcje to 55 eur, a ich uważne zobaczenie wymaga prawie całego dnia, więc wydaje się, że to uczciwa cena. Należy jednak pamiętać, że niektóre z obszarów oceanarium (pokaz tresury delfinów) zwiedza się pod otwartym niebem, co przy gorszej, deszczowej pogodzie, może trochę zniechęcać.  Mimo wszystko jako całość warto zobaczyć to miejsce i raz w życiu zapłacić za wejście

Miasto sztuki i nauki w Walencji

Żeby jednak nie wracać już do Calpe by potem następnego dnia znów jechać do Walencji na lotnisko, znaleźliśmy sobie inny nocleg w niedużym hosteliku bardzo blisko lotniska. Cena była atrakcyjna, a o tym dlaczego jest tak tanio, dowiedzieliśmy się po przyjechaniu na miejsce. Okolica jest co najmniej wątpliwa, ale na szczęście obyło się bez żadnych przygód, a przynajmniej rano mieliśmy blisko na lotnisko

Miasto Sztuki i Nauki w Walencji

Na drugi wyjazd do Calpe nie trzeba było długo czekać. Michał jechał tutaj na prawie cały tydzień z rodziną, a ja razem z Krzyśkiem mieliśmy do nich dołączyć na przedłużony weekend. Oni byli od wtorku do niedzieli, a my od czwartku do niedzieli wieczora (czyli w zasadzie w bardzo podobnej konfiguracji w jakiej byliśmy sześć tygodni wcześniej).

19.02.2026 (czwartek)

Wylatywaliśmy tym samym samolotem o 7 rano w czwartek, więc podobnie jak przed półtora miesiąca byliśmy w Walencji około 10, a około 12.30 już w Calpe. Po drodze nie obyło się bez przygód, bo Krzysiek zostawił w samolocie nerkę z dokumentami, paszportem i pieniędzmi 😉 Na szczęście w miarę szybko się ogarnął i udało nam się odzyskać zgubę. Po przyjeździe na miejsce i zameldowaniu się w hosteliku (w nieco innej części miasta niż przed sześcioma tygodnami) ruszyliśmy na spotkanie z resztą ekipy, która akurat jadła obiad w polskiej restauracji.

Po obiedzie my z Krzyśkiem ruszyliśmy klasycznie na rozruch na Penyona. Tym razem mieliśmy znacznie lepszą pogodę niż przy poprzednim wyjściu z Michałem, dlatego wejście i zejście to była czysta przyjemność. Po powrocie udaliśmy się na kolację z resztą ekipy, a wieczór spędziliśmy szwędając się całą grupą po okolicy.

20.02.2026 (piątek)

Na następny dzień miałem zaplanowany spacer na Puig Campana – najwyższy szczyt wybrzeża Costa Blanca, który osiąga wysokość 1406m npm. Parking z którego startuje się na szlak znajduje się na wysokości niespełna 400m npm, więc mamy do pokonania około tysiąca metrów przewyższenia na dystansie okolo 7km. Ścieżka podejściowa okrąża masyw z obu stron – można zatem wejść na szczyt zarówno od wschodu jak i od zachodu. Obie łączą się przy przełęczy el Collado del Puet na wysokości 883m npm. Stamtąd jest już tylko jedna ścieżka podejściowa na szczyt.

Można też wchodzić nieznakowaną ścieżką żlebem w południowym zboczu, ale jest tam dość sypko i nieprzyjemnie. Ja wybrałem wariant podejścia od zachodu i zejście od wschodu. Dzięki temu na podejściu miałem sporo cienia, który okazał się nieoceniony w taki dzień, jak tamten, gdy słońce operowało mocno. Pierwszym punktem orientacyjnym na podejściu jest odbicie na szczyt El Volador (605m) z którego rozpościera się też ładny widok na okolicę. Następnie szlak odbija lekko w prawo bardziej na północ, północny-wschód. Mija się wierzchołek Tossal d’Avella (744m) by wreszcie dotrzeć do wspomnianej wyżej przełęczy. Stamtąd można kontynuować obraną ścieżkę i obejść górę dookoła lub skręcić w prawo i ruszyć na szczyt. końcówka jest już dość stroma, bo to 500m przewyższeń na 2,5km, czyli średnio 20%. A tak naprawdę biorąc pod uwagę, że ostatnie kilkaset metrów jest już po szczytowym płaskowyżu (700m dystansu, 100m przewyższenia), to środkowy fragment tego ostatniego podejścia to już solidna wspinaczka – 870m dystansu i 250m przewyższeń. Ścieżka jest w miarę dobrze oznakowana, więc trudno pobłądzić, ale ten środkowy fragment potrafi solidnie zmęczyć.

Ostatni płaski odcinek jest nieco mylący – jest tam przynajmniej kilka ścieżek, którymi można wejść na szczyt, więc nie ma się co specjalnie sugerować znakami. Po prostu trzeba wybierać te ścieżki które prowadzą pod górę J Ze szczytu mamy świetną panoramę na wszystkie strony, ale rzecz jasna najlepszy widok jest na nabrzeże, okolice Grani Bernia i gdzieś tam w oddali majaczącego na horyzoncie Penyona, który ze szczytu wygląda jak tylko trochę większy kamień 😉

Wejście na szczyt z dołu zajęlo mi 1h50m co uważam za zupełnie dobry wynik. Zejście wcale nie jest dużo szybsze, bo jednak początkowy stromy fragment trzeba pokonać uważnie. Potem zaś po dojściu do przełeczy druga część zejścia też bywa upierdliwa, bo są na niej fragmenty z luźnymi kamieniami, ale za to nadrabia się widokami na okolicę, które są po prostu oszałamiające. Co chwila ścieżka wyprowadza nas na niewielkie wzniesienia, skąd rozpościera się widok na całe nabrzeże.  Im bliżej parkingu jednak tym trasa coraz bardziej się nudzi, ale generalnie można całość przejść w okolicach 4 godzin. Tyle też mniej więcej czasu mi to zajęło. A po powrocie do auta od razu ruszyłem w drogę powrotną, dzięki czemu miałem jeszcze prawie całe popołudnie do spędzenia z resztą ekipy w Calpe.

Wieczór spędziliśmy zatem wspólnie szwędając się po mieście.

21.02.2026 (sobota)

Z kolei na sobotę miałem zaplanową ferratę Norte del Cid, o której pisałem w pierwszej części wpisu. Szczyt, na który ona wyprowadza zrobił na mnie spore wrażenie miesiąc temu, gdy wchodziliśmy ferratą na Bolon po drugiej stronie miasteczka Elda. Jest on też znany pod nazwą la Cilla del Sit. Tym razem chciałem się zmierzyć z tą nieco trudniejszą ścieżką.

Na parking pod ferratą dotarłem całkiem wcześnie, ale mimo to trudno było już znaleźć miejsce do pozostawienia samochodu. Po zaparkowaniu gdzieś na uboczu drogi ruszyłem najpierw szeroką szutrową drogą  w kierunku miejsca, z którego startować miała ferrata. Tego podejścia było 2,5km i ponad 260m przewyższenia, więc niby nic wielkiego, ale jednak było gdzie się zgrzać. Na szczęście słońce było moim sprzymierzeńcem i pozostawało po drugiej stronie góry. W cieniu i porannym chłodzie szło się zupełnie przyjemnie, więc dość szybko dotarłem do miejsca, z którego startuje ferrata.

Wejście na samą ferratę nie jest jakoś super oznakowane, więc trzeba śledzić mapę, żeby go nie przeoczyć, bo stalówka prowadząca żlebem jest mało wyraźna. Początek prowadzi właśnie żlebem na szeroką półkę. Potem ślad się urywa, ale trzeba iśc w lewo wzdłuż skalnej ściany zachowując ostrożność, bo jest się gdzie tutaj „zdupczyć” na dół.

Ufając, że trawers w końcu się skończy i znów znajdziemy stalową linę docieramy do miejsca, z którego znów prowadzi nas w górę ferrata. Teraz prowadzi ona stromo pod górę lekko w prawo. Po drodze mijamy jeden nieco bardziej eksponowany fragment, gdzie jeden ze stopni jest mocno powietrzny aż wreszcie docieramy do niewielkiej półeczki, gdzie warto odpocząć. Z tego bowiem miejsca mamy do pokonania szczytowy fragment ferraty, który jest nieco trudniejszy. Brakuje tam bowiem sztucznych ułatwień w postaci klamer i stopni, a dysponujemy jedynie stalową liną do asekuracji. Należy zatem wykorzystywać naturalną rzeźbę skały, szukając w niej chwytów i stopni. Osoby z doświadczeniem wspinaczkowym nie będą miały z tym trudności. Pozostałe powinny szukać miejsc „wymacanych” i wyślizganych, bo one sugerują gdzie należy się złapać bądź na czym postawić stopę.

Taki emocjonujący fragment trwa ok 10-15 minut i lawirując to w lewo, to w prawo wyprowadza nas na szerokie plateau szczytowe. Tam spotkałem bardzo dużo osób. Okazuje się bowiem, że szczyt jest bardzo popularnym celem mniej zaawansowanych turystów. Prowadzi bowiem na niego wygodna znakowana ścieżka, którą zresztą miałem później wracać. Na samym szczycie spędziłem około 15 minut, podziwiając widoki. Te nie są może tak spektakularne jak z Puig Campana, bo jednak szczyt nieco bardziej oddalony od linii brzegowej i też niższy, ale sama ferrata bardzo ciekawa i warta przejścia. Mogę z czystym sumieniem każdemu polecić.

Zejście nie dostarcza żadnych trudności, dlatego do parkingu wróciłem po nieco ponad pół godzinie. Szybciutko wsiadłem do auta i już po półtórej godzinie od kiedy byłem na szczycie, byłem z powrotem w Calpe, mając tym samym czas by spędzić go z ekipą.

22.02.2026 (niedziela)

Ponieważ ekipa wylatywała w niedzielę wczesnym rankiem, pożegnaliśmy się jeszcze w sobotę. Niedzielę zaś miałem do rozpracowania razem z Krzyśkiem, z którym tu przylecieliśmy. Ustaliliśmy, że pojedziemy do Walencji i pozwiedzamy trochę miasto.

Po przyjeździe do miasta i znalezieniu miejsca parkingowego w jednym z parkingów podziemnych udaliśmy się najpierw na kawę. Wybraliśmy miejsce w pobliżu słynnej areny corridy, gdzie już jednak walki byków się nie odbywają. Stamtąd ruszyliśmy w kierunku najważniejszych zabytków Walencji, chociaż największą atrakcją był jakiś pochód prowadzący przez całe miasto, zakończony pokazem fajerwerków i petard. Do tej pory nie wiem z jakiej to było okazji, ale robiło naprawdę wrażenie. W taki to właśnie sposób na szwędaniu się po Walencji minęła nam niedziela. Ok 16 byliśmy już na lotnisku i łapiąc ostatnie promienie słońca czekaliśmy na lot powrotny do Wrocławia.